Przepraszam, że znowu was torturuję, ale jak coś zacznę, to kończę. (jutro może zakończę opowiadanie Wyroczni). W sumie to wina mojego napiętego grafika i to, że nie chcę siedzieć całą noc nad robotą, tylko chce się te pięć godzinek przespać... No więc jest opowiadanie moje a nie naszej Wyoroczni kochanej =). PRZEPRASZAM XD
Więc znowu: miłego śmiania się! =)
"Obdarzeni"
część II
Wyszła z biura i pojechała na podany
adres. Zaparkowała swój samochód przed wysokim blokiem. Wysiadła i zerknęła na
kartkę z adresem, a potem popatrzyła na budynek i ciężko westchnęła. Jej cel
znajdował się na ostatnim piętrze.
Mam
nadzieję, że jest winda – pomyślała. Niestety winda była zepsuta. Emmy
ze zmartwieniem uświadomiła sobie, że musi się wdrapywać po schodach na samą
górę i stwierdziła, że nie ma na to ochoty. Rozejrzała się wokół i gdy
zobaczyła że nikogo nie ma użyła swojej mocy. Zniknęła. Stała się, wraz z
wszystkimi rzeczami, które miała przy sobie powietrzem. To była właśnie jej
moc, żywioł – powietrze. Będąc cichym i lekkim powiewem wiatru przeniosła się
na górę, tuż pod drzwi pisarki. Zanim znów wróciła do ludzkiej formy wyczuła
coś dziwnego. Ta dziewczyna, ta autorka niezbyt udanych książek nie była
zwykłym człowiekiem. Miała jakąś dziwną moc, jednak była ona ukryta przed
wzrokiem Emmy w mroku.
No cóż –
pomyślała. Trzeba będzie się pilnować. Wróciła do swej ludzkiej formy i
zapukała do drzwi. Po chwili usłyszała huk, brzdęk tłuczonego szkła i dość
głośne przekleństwa.
Gdy wreszcie drzwi się otworzyły, Emmy
zobaczyła czarnowłosą dziewczynę w dresach i za dużej bluzce, potarganych
włosach i rękach ubrudzonych ketchupem.
- Dzień dobry – powiedziała Emmy,
starając się zachowywać normalnie. - Jestem z wydawnictwa. Nazywam się Emmy
Turner.
- Dzień dobry, prze... pani.
Przepraszam, że musiała pani tyle czekać. Ja jestem Karai – odpowiedziała,
zapraszając gestem ręki do środka. Emmy ujrzała prawdziwe pobojowisko.
Mieszkanie składało się z pokoju z aneksem kuchennym i z małej łazienki. Gospodyni
próbowała choć trochę uprzątnąć dom, kopiąc wszystkie rzeczy leżące na podłodze
na jedną kupkę. Otwarte drzwi do łazienki zamknęła nogą, próbując jednocześnie
rozczesać włosy. Zamiast wyglądać lepiej, całe wybrudziły się czerwoną mazią.
Dziewczyna siłowała się jeszcze chwilę ze swoimi coraz bardziej potarganymi
kosmykami, aż w końcu otworzyła z hukiem łazienkę i zapakowała swoją głowę pod
prysznic. Spłukała ketchup z włosów i rąk i ociekając wodą wróciła do
zdezorientowanej Emmy.
- Jadłam śniadanie – powiedziała,
jakby chciała się usprawiedliwić.
- Jadasz śniadanie o wpół do czwartej?
- zapytała lekko zdziwiona.
- No jakoś tak wyszło. Przyjechała
pani po rękopis, prawda? Już go pani daję, gdzieś tu go położyłam, zaraz znajdę
– trajkotała, szukając swojej pracy w stercie papierów leżących na podłodze.
- A więc jesteś pisarką, tak? Piszesz
fantastykę. Twoje postacie są dość oklepane i stereotypowe jeśli chodzi o
charakter, lecz jeśli chodzi o ich umiejętności i moce, to tę stronę
niesamowicie opisałaś, jakbyś miała w tym jakieś doświadczenie. Jesteś
czarownicą, wampirem? Masz swoją grupę? - zapytała Emmy prosto z mostu.
Wiedziała, że dziewczyna ma jakąś mroczną moc i była lekko zirytowana tym, że
nie wiedziała z kim ma do czynienia. Karai wyprostowała się i podeszła do Emmy
lekko zaskoczona i przestraszona.
- Nie jestem istotą magiczną. A nawet
jeśli bym była to w grupie nie chcę być – odpowiedziała ostrożnie, patrząc w
oczy Emmy. - A tu ma pani rękopis. Do widzenia – powiedziała odprowadzając ja
do drzwi.
- Do widzenia – Emmy miała już
pewność. Nadnaturalna. Jednak nie rozumiała, dlaczego jej nie rozpoznała, nie
wyczuła. No cóż, trudno. Choć nie wydaje mi się, żeby brak wsparcia grupy osób
sobie podobnych był czymś bezpiecznym. Następnym razem powiem jej prawdę, teraz
jest zbyt przerażona.
Nie zmieniła się tylko szybko zbiegła
po schodach. Wsiadła do samochodu i odpaliła silnik. Ruszyła z piskiem opon i
opuściła parking. Droga była pusta, więc w kilka sekund rozwinęła prędkość do
200km/h. Zastanawiała się co zrobić z tą dziwną autorką beznadziejnych książek.
Nagle, na drodze zmaterializował się
mężczyzna. Emmy wcisnęła pedał hamulca, ale nie zaczęła skręcać na szerokie
pobocze i w momencie, w którym powinna uderzyć w tajemniczego pana, on zniknął.
Samochód powoli zwalniał, aż w końcu zatrzymał się a mężczyzna znów się
pojawił.
- Dziewczyno, chcesz mnie zabić?
Dlaczego nie skręcisz tą czarną zarazą? - wykrzykiwał.
- Chcieć, to ja bym chciała ale nie
mogę cię zabić. A nie skręciłam, bo mogłabym sobie moje cudeńko zarysować.
- Cudeńko!!!? Raczej złom – powiedział
chłopak.
- Odczep się. Czego chcesz? - warknęła wściekła Emmy.
- Czy to tak ładnie się odzywać do swojego patrona, dawcy życia,
dobroczyńcy etc., itp., itd.? - kpił młodzik i przeniknął na siedzenie obok Emmy.
- Że niby ten palant ma być „dobroczyńcą”? Dobry żart... - odezwał
się głos z tyłu samochodu.
Emmy odwróciła się gwałtownie i ujrzała kolejnego nieproszonego
gościa w swoim „cudeńku”.
- No nie ! No, co to? Zjazd sobie urządziliście w moim aucie?
Chciałam do domu wrócić... - jęknęła. - Jack, co ty tu robisz? - zwróciła się
do chłopaka siedzącego z tyłu.
Był to blondyn z włosami do ramion związanymi w kucyka, w ciemnych
jeansy i szkarłatnej bluzie. Jego oczy błyszczały z podniecenia gdy zaczął mówić:
- Znalazłaś super ekstra rzadki gatunek!! Tak jak ty zostałaś
obdarowana przez boga zachodniego, pechowego wiatru Eurosa, a ja przez Zeusa,
tak to dziewczę, u którego byłaś zostało obdarowane mocą przez boginie Nyks.
Rozumiesz? Ona nigdy nie mieszała się do świata zwykłych, szarych ludzi. Zawsze
wybierała jakiś bandytów. A jaką ma moc!!! Kiedy się ciebie wystraszyła to
nawet ja poczułem! – nawijał podekscytowany.
- Dobrze, a co on i ja mamy do tego? – Emmy wskazała na mężczyznę
siedzącego obok niej.
Wyglądał na około dwadzieścia osiem lat. Miał na głowie czerwonego
irokeza, czarną skórzaną kurtkę i takież spodnie, a stopy zdobiły również czerwone
glany.
- Mamy tam wrócić i zabrać ją ze sobą. Znaczy ja i ty, bez niego –
odpowiedział Jack.
- Ty jesteś szefem naszej grupy, to załatwiaj se to sam –
odpowiedziała już dobrze wkurzona Emmy.
- No i właśnie w tym miejscu przydam się ja – mężczyzna siedzący
obok Emmy spojrzał na nią. - To jest rozkaz. Ja, Euros, twój patron rozkazuję ci
iść ze swoim przywódcą i spełnić swoją powinność wobec grupy jako zastępca i
prawa ręka wodza.
- Ojejciu, po co tak formalnie? - żachnął się Jack. - Em, po
prostu cię potrzebuję, bo sam mogę sobie z nią nie poradzić, a mimo iż ja
jestem przywódcą, to twoje umiejętności robią dużo większe wrażenie.
- Dajesz tak dalej, pochlebstwami daleko zajdziesz – mruknął
Euros.
- Kurde, co ja jestem?! Chłopiec na posyłki?! – warknęła Emmy i
odpaliła silnik. Wykręciła z ostrym hamowaniem, bardzo niemiłym dla pasażerów.
Zawróciła i dodała gazu.
- Łatwo poszło. No to skoro już wszystko wyjaśnione to ja się
zmywam. Powodzenia! - Euros zaczął się rozmywać i w końcu zniknął.
- No i jak za dawnych
czasów, kotku – powiedział Jack przełażąc na przednie siedzenie. – Nie mów do
mnie „kotku”! - krzyknęła Emmy, a chłopak zaczął się głośno śmiać.
Ciąg dalszy nastąpi...
Smoczyca
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz