czwartek, 29 października 2015

Z dna smoczej szuflady

  Przepraszam, że znowu was torturuję, ale jak coś zacznę, to kończę. (jutro może zakończę opowiadanie Wyroczni). W sumie to wina mojego napiętego grafika i to, że nie chcę siedzieć całą noc nad robotą, tylko chce się te pięć godzinek przespać... No więc jest opowiadanie moje a nie naszej Wyoroczni kochanej =). PRZEPRASZAM XD
Więc znowu: miłego śmiania się! =)


"Obdarzeni"
część II

Wyszła z biura i pojechała na podany adres. Zaparkowała swój samochód przed wysokim blokiem. Wysiadła i zerknęła na kartkę z adresem, a potem popatrzyła na budynek i ciężko westchnęła. Jej cel znajdował się na ostatnim piętrze.
Mam nadzieję, że jest winda – pomyślała. Niestety winda była zepsuta. Emmy ze zmartwieniem uświadomiła sobie, że musi się wdrapywać po schodach na samą górę i stwierdziła, że nie ma na to ochoty. Rozejrzała się wokół i gdy zobaczyła że nikogo nie ma użyła swojej mocy. Zniknęła. Stała się, wraz z wszystkimi rzeczami, które miała przy sobie powietrzem. To była właśnie jej moc, żywioł – powietrze. Będąc cichym i lekkim powiewem wiatru przeniosła się na górę, tuż pod drzwi pisarki. Zanim znów wróciła do ludzkiej formy wyczuła coś dziwnego. Ta dziewczyna, ta autorka niezbyt udanych książek nie była zwykłym człowiekiem. Miała jakąś dziwną moc, jednak była ona ukryta przed wzrokiem Emmy w mroku.
No cóż – pomyślała. Trzeba będzie się pilnować. Wróciła do swej ludzkiej formy i zapukała do drzwi. Po chwili usłyszała huk, brzdęk tłuczonego szkła i dość głośne przekleństwa.
Gdy wreszcie drzwi się otworzyły, Emmy zobaczyła czarnowłosą dziewczynę w dresach i za dużej bluzce, potarganych włosach i rękach ubrudzonych ketchupem.
- Dzień dobry – powiedziała Emmy, starając się zachowywać normalnie. - Jestem z wydawnictwa. Nazywam się Emmy Turner.
- Dzień dobry, prze... pani. Przepraszam, że musiała pani tyle czekać. Ja jestem Karai – odpowiedziała, zapraszając gestem ręki do środka. Emmy ujrzała prawdziwe pobojowisko. Mieszkanie składało się z pokoju z aneksem kuchennym i z małej łazienki. Gospodyni próbowała choć trochę uprzątnąć dom, kopiąc wszystkie rzeczy leżące na podłodze na jedną kupkę. Otwarte drzwi do łazienki zamknęła nogą, próbując jednocześnie rozczesać włosy. Zamiast wyglądać lepiej, całe wybrudziły się czerwoną mazią. Dziewczyna siłowała się jeszcze chwilę ze swoimi coraz bardziej potarganymi kosmykami, aż w końcu otworzyła z hukiem łazienkę i zapakowała swoją głowę pod prysznic. Spłukała ketchup z włosów i rąk i ociekając wodą wróciła do zdezorientowanej Emmy.
- Jadłam śniadanie – powiedziała, jakby chciała się usprawiedliwić.
- Jadasz śniadanie o wpół do czwartej? - zapytała lekko zdziwiona.
- No jakoś tak wyszło. Przyjechała pani po rękopis, prawda? Już go pani daję, gdzieś tu go położyłam, zaraz znajdę – trajkotała, szukając swojej pracy w stercie papierów leżących na podłodze.
- A więc jesteś pisarką, tak? Piszesz fantastykę. Twoje postacie są dość oklepane i stereotypowe jeśli chodzi o charakter, lecz jeśli chodzi o ich umiejętności i moce, to tę stronę niesamowicie opisałaś, jakbyś miała w tym jakieś doświadczenie. Jesteś czarownicą, wampirem? Masz swoją grupę? - zapytała Emmy prosto z mostu. Wiedziała, że dziewczyna ma jakąś mroczną moc i była lekko zirytowana tym, że nie wiedziała z kim ma do czynienia. Karai wyprostowała się i podeszła do Emmy lekko zaskoczona i przestraszona.
- Nie jestem istotą magiczną. A nawet jeśli bym była to w grupie nie chcę być – odpowiedziała ostrożnie, patrząc w oczy Emmy. - A tu ma pani rękopis. Do widzenia – powiedziała odprowadzając ja do drzwi.
- Do widzenia – Emmy miała już pewność. Nadnaturalna. Jednak nie rozumiała, dlaczego jej nie rozpoznała, nie wyczuła. No cóż, trudno. Choć nie wydaje mi się, żeby brak wsparcia grupy osób sobie podobnych był czymś bezpiecznym. Następnym razem powiem jej prawdę, teraz jest zbyt przerażona.
Nie zmieniła się tylko szybko zbiegła po schodach. Wsiadła do samochodu i odpaliła silnik. Ruszyła z piskiem opon i opuściła parking. Droga była pusta, więc w kilka sekund rozwinęła prędkość do 200km/h. Zastanawiała się co zrobić z tą dziwną autorką beznadziejnych książek.
Nagle, na drodze zmaterializował się mężczyzna. Emmy wcisnęła pedał hamulca, ale nie zaczęła skręcać na szerokie pobocze i w momencie, w którym powinna uderzyć w tajemniczego pana, on zniknął. Samochód powoli zwalniał, aż w końcu zatrzymał się a mężczyzna znów się pojawił.
- Dziewczyno, chcesz mnie zabić? Dlaczego nie skręcisz tą czarną zarazą? - wykrzykiwał.
- Chcieć, to ja bym chciała ale nie mogę cię zabić. A nie skręciłam, bo mogłabym sobie moje cudeńko zarysować.
- Cudeńko!!!? Raczej złom – powiedział chłopak.
- Odczep się. Czego chcesz? - warknęła wściekła Emmy.
- Czy to tak ładnie się odzywać do swojego patrona, dawcy życia, dobroczyńcy etc., itp., itd.? - kpił młodzik i przeniknął na siedzenie obok Emmy.
- Że niby ten palant ma być „dobroczyńcą”? Dobry żart... - odezwał się głos z tyłu samochodu.
Emmy odwróciła się gwałtownie i ujrzała kolejnego nieproszonego gościa w swoim „cudeńku”.
- No nie ! No, co to? Zjazd sobie urządziliście w moim aucie? Chciałam do domu wrócić... - jęknęła. - Jack, co ty tu robisz? - zwróciła się do chłopaka siedzącego z tyłu.
Był to blondyn z włosami do ramion związanymi w kucyka, w ciemnych jeansy i szkarłatnej bluzie. Jego oczy błyszczały z podniecenia gdy zaczął mówić:
- Znalazłaś super ekstra rzadki gatunek!! Tak jak ty zostałaś obdarowana przez boga zachodniego, pechowego wiatru Eurosa, a ja przez Zeusa, tak to dziewczę, u którego byłaś zostało obdarowane mocą przez boginie Nyks. Rozumiesz? Ona nigdy nie mieszała się do świata zwykłych, szarych ludzi. Zawsze wybierała jakiś bandytów. A jaką ma moc!!! Kiedy się ciebie wystraszyła to nawet ja poczułem! – nawijał podekscytowany.
- Dobrze, a co on i ja mamy do tego? – Emmy wskazała na mężczyznę siedzącego obok niej.
Wyglądał na około dwadzieścia osiem lat. Miał na głowie czerwonego irokeza, czarną skórzaną kurtkę i takież spodnie, a stopy zdobiły również czerwone glany.
- Mamy tam wrócić i zabrać ją ze sobą. Znaczy ja i ty, bez niego – odpowiedział Jack.
- Ty jesteś szefem naszej grupy, to załatwiaj se to sam – odpowiedziała już dobrze wkurzona Emmy.
- No i właśnie w tym miejscu przydam się ja – mężczyzna siedzący obok Emmy spojrzał na nią. - To jest rozkaz. Ja, Euros, twój patron rozkazuję ci iść ze swoim przywódcą i spełnić swoją powinność wobec grupy jako zastępca i prawa ręka wodza.
- Ojejciu, po co tak formalnie? - żachnął się Jack. - Em, po prostu cię potrzebuję, bo sam mogę sobie z nią nie poradzić, a mimo iż ja jestem przywódcą, to twoje umiejętności robią dużo większe wrażenie.
- Dajesz tak dalej, pochlebstwami daleko zajdziesz – mruknął Euros.
- Kurde, co ja jestem?! Chłopiec na posyłki?! – warknęła Emmy i odpaliła silnik. Wykręciła z ostrym hamowaniem, bardzo niemiłym dla pasażerów. Zawróciła i dodała gazu.
- Łatwo poszło. No to skoro już wszystko wyjaśnione to ja się zmywam. Powodzenia! - Euros zaczął się rozmywać i w końcu zniknął.
 - No i jak za dawnych czasów, kotku – powiedział Jack przełażąc na przednie siedzenie. – Nie mów do mnie „kotku”! - krzyknęła Emmy, a chłopak zaczął się głośno śmiać.

Ciąg dalszy nastąpi...

Smoczyca

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz