poniedziałek, 26 października 2015

Z dna smoczej szuflady

 Ha! Brak czasu czasem się opłaca. Wybaczcie, że tak późno, ale jestem naprawdę zawalona robotą. Dlatego powiem szczerze, że jakoś NIKT nie obdarował mnie ostatnio uwagą, a mój mail nie został zawalony żadnymi pracami na bloga, więc zostałam postawiona pod ścianą. Patrzę teraz smętnie na rzeczy, które muszę zrobić, na zegarek, na blog... Wiersze nadające się na bloga mam tylko na papierze=trzeba przepisać=za dużo czasu mi to zabiera=ODPADA. Zdjęcia=wstawić znak wodny=za dużo czasu mi to zabiera=ODPADA. Napisać coś=za dużo czasu mi to zabiera=ODPADA. Zostaje mi tylko stworzyć coś z niczego w okresie 10 minut.... I wygrzebałam... Stare opko.... KOSZMARNE! Przepraszam was szczerze, ale to nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego... Ale cóż, przynajmniej będziecie mieli ze mnie ubaw XD.
 Pozdrawiam was i życzę dużo śmiechu, bo śmiech to zdrowie!

"Obdarzeni"
(Skąd ja taki tytuł wytrzasnęłam? Tego nigdy się nie dowiemy...)
  część I

 Emmy obudziła się zaledwie koło południa. Budzik dzwonił cicho. Wstała i rozejrzała się po ciemnym pokoju, w którym panował półmrok przez zasłonięte ciężkimi kotarami okna. Ubrała się tak jak zwykle, w czarne spodnie i białą koszulę, zeszła na dół swojego piętrowego mieszkania. Było ono utrzymane w beżach i brązach, a na ścianach wisiało dużo obrazów, czasem całkiem znanych malarzy. Poszła do kuchni i zrobiła sobie śniadanie, takie samo jak zawsze: kawa z półtorej łyżeczki (pół na pół z mlekiem) z trzema kostkami cukru oraz owsianka z karmelem i sosem malinowym. Zjadła w milczeniu i zaczęła szykować się do pracy. Zabrała dokumenty, które miała na dziś przetłumaczyć i zastanowiła się. Miała dziś w biurze dwugodzinną przerwę, więc trzeba wziąć jakąś książkę. Z westchnieniem ruszyła znów na górę. Weszła przez drzwi na lewo do ciemnego pokoju.
 Szczerze mówiąc, nie był to pokój lecz biblioteka - labirynt regałów, na których wszystko było idealnie poukładane. Zaczęła się zastanawiać, co ma ochotę dziś przeczytać. Nic nie przychodziło jej do głowy i z zamyśleniem błądziła wśród dzieł literatury spoglądających na nią z zainteresowaniem z zakurzonych okładek.
 Po długiej chwili marzeń spojrzała na zegarek i o mało nie krzyknęła z przerażenia. Miała tylko godzinę, żeby dojechać do pracy! Pomińmy fakt, że do siedziby wydawnictwa dla której pracowała, miała pół godziny drogi pieszo, a przecież zawsze jeździła swoim pięknym, czarnym Fordem Mustangiem GT 500 Shelby, który na prostej drodze mógł osiągnąć prędkość 200 km/h w paręnaście sekund (pomińmy fakt, że na niewiele jej się to zdawało przy obecnym stanie dróg i przy takich korkach, jakie zawsze były w mieście, szybciej byłaby w pracy idąc na nogach). No, ale cóż, niektórzy nie znoszą się spóźniać. Zaaferowana już Emmy chwyciła pierwszą lepszą książkę z półki zatytułowanej „Nowości” i szybko wyszła z biblioteki. Zbiegła po schodach, prędko wrzuciła książkę do czarnej torebki, nie patrząc nawet na tytuł, złapała żakiet i wystrzeliła z domu jak z procy. Dopadła swój nowy cud mechanizacji w garażu i szybko ruszyła do pracy.
 Dojechała tam z czterdziestopięciominutowym wyprzedzeniem. Weszła do jak zawsze uporządkowanego biura, wypakowała wszystkie dokumenty i wyjęła książkę, żeby w spokoju poczytać, czekając na szefa i resztę współpracowników.
- „Samotność ciemności”? A cóż to u licha? Ja kupowałam taką książkę? - szepnęła zdziwiona, bo i tytuł, i nazwisko autorki było jej zupełnie obce.
- Dobrze, zobaczymy, co to takiego.
Szef i cała reszta jak zwykle się spóźnili, więc zdążyła już prawie dobrnąć do połowy tego trzystustronowego dzieła. Dzieła? Raczej czytadła, no ale cóż, gusta są różne.
Do pokoju wpakowała nagle cała chmara ludzi z ich wrzaskliwym dyrektorem na czele. Emmy byłaby w stanie nawet go polubić, gdyby tyle nie gadał. Zdecydowanie wolała ludzi milczących.
Harmider, szuranie krzeseł, powitania. Nareszcie wszyscy usiedli i dyrektor zaczął rozdzielać im dzisiejsze zadania, jednak pominął Emmy, która lekko się zdziwiła. Zawsze jej praca była wymagająca i najczęściej dostawała zlecenia trudniejsze niż reszta współpracowników, ale dziś szef zupełnie ja ominął. Gdy wszyscy zaczęli się już rozchodzić, dyrektor podszedł do dziewczyny i poprosił ją ze sobą. Usiedli w jego gabinecie i mężczyzna powiedział:
- Pewnie jesteś zdziwiona, moja najlepsza pracownico, że cię dziś pominąłem, prawda? - i wiedząc, że Emmy nie lubi rozmawiać, ciągnął. - To z powodu, że zobaczyłem co czytasz – powiedział, wskazując na książkę, którą dziewczyna wciąż trzymała w swoich rękach.
- Widzę, że już dość dużo przeczytałaś. Podoba ci się? - zapytał, czekając na odpowiedź.
- Nie powiem, żeby było to arcydzieło, ale fabuła całkiem niezła. Autorka powinna popracować nad stylem oraz charakterami bohaterów, bo są oni no cóż... okrojeni – powiedziała Emmy.
- Ale ogólnie może być, prawda? Zresztą, to już nie ważne, bo wszystkie dzisiejsze zadania rozdzielone, a tego tłumaczenia nie mam komu dać. Pojedziesz do domu tej autorki i odbierzesz kolejny tom jej książki. Na tłumaczenie będziesz miała dowolną ilość czasu, ale liczę, że szybko się z tym uporasz. Jedziesz?
- Oczywiście, dyrektorze – odpowiedziała i szybko wstała. Wychodząc, usłyszała jeszcze krótkie ostrzeżenie.
- Tylko uważaj na tą autorkę, bo jest dość specyficzna, ale ty też taka jesteś, więc się powinniście dogadać. Emmy odeszła nie reagując na złośliwą uwagę szefa. 


Ciąg dalszy nastąpi... (oh, jak ja nie znoszę tych trzech słów XD)


Smoczyca (znaczy ja się do tego nie przyznaję....)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz