środa, 27 stycznia 2016

Nie ma to jak morderstwo, czyli recenzja anime "Ansatsu Kyoushitsu"



Witajcie! 
Wybaczcie, że tak późno, ale Harpia nie wyrobiła się wcześniej z pisaniem. A więc dzisiaj ponownie pragniemy wam przedstawić recenzje anime, jednak tym razem nieco weselszego.
Pozdrawiamy!


"Ansatsu Kyoushitsu"



Pewnego dnia naturalny satelita ziemi eksplodował, pozostawiając po sobie resztki w kształcie półksiężyca. Stworzenie, które przypisuje sobie dokonanie tego czynu zarzeka się także, że w marcu przyszłego roku to samo spotka Ziemię. Posiada ono moce przerastające ludzkie możliwości, przez co żadna potęga militarna świata nie ma z nim szans. Jednakże z jakiegoś powodu w międzyczasie obcy postanawia podjąć pracę jako nauczyciel w najgorszej klasie Gimnazjum Kunugigaoka. Tym samym los świata spoczywa w rękach uczniów klasy E – mają czas do zakończenia roku, żeby wymyślić jak zamordować swojego nowego wychowawcę, a tym samym zgarnąć 10 miliardów jenów za uratowanie świata.


UWAGA! Przede wszystkich chciałabym zacząć od poinformowania o zmianie sposobu oceniania zrecenzowanych filmów, książek itd., itp. Jak dotąd była to ocena szkolna, jednak od dzisiaj będę oceniać w skali 0-10. Każdy recenzowany utwór będzie miał na starcie „5”, a wzrost/spadek oceny będzie zależeć od ilości plusów i minusów oraz ich wpływu na odbiór danego filmu, książki itd.

  Jako że od dłuższego czasu miałam post od anime (zasługa szkoły), postanowiłam obejrzeć sobie coś krótkiego i przyjemnego. Wybór padł właśnie na "Ansatsu Kyoushitsu". Dlaczego? Cóż... Przede wszystkim dlatego, że wcześniej, dużo wcześniej, czytałam mangę, która dość mocno przypadła mi do gustu. Normalnie rzuciłabym się od razu po lekturze na ekranizacje, ale jakoś tak się stało, że miałam problem ze znalezieniem jej, więc uznałam, że po prostu nie ma takiej produkcji. Gdyby moja dobra kumpela (pozdrowienia dla Niki) nie uświadomiła mi, że owszem, takie coś istnieje, prawdopodobnie dzisiaj tłumaczyłabym się Smoczycy, dlaczego wciąż nie dostarczyłam żadnego materiału. Ale koniec już tego wstępu! Zaczynajmy!

  Jak zwykle rozpocznę od plusów. Pierwszym z nich jest zapewne cała przedstawiona szkoła – szkoła, w której uczniowie są rozdzielani pod względem ocen. Od wyników ich testów zależy w jakich warunkach będą się uczyć, jak będą traktowani. Elitą tej placówki są oczywiście uczniowie klasy A, z kolei najgorszą grupą jest klasa E – e, jak END. Są oni poniżani przez innych podopiecznych tej placówki, uczą się na odludziu, do którego muszą wspinać się pod górę, a w głównym kampusie szkoły mogą przebywać tylko w czasie wszelkich apeli. Dlaczego mi się to podobało? Cóż... Mimo odczuć etycznych, które wołają głośne i wyraźne „veto”, muszę przyznać, że to jest genialne. Szkoła, mimo że jest publiczna, ma wysoki poziom nauczania i normalnie wielu uczniów by nie podjęło się regularnej nauki. Ale jedna rzecz ich napędza – świadomość, że jeżeli nie sprostają testom w swojej szkole, skończą na samym dnie – bez szacunku, niemal bez szans powrotu do poprzedniego stanu rzeczy, wiecznie upokarzani, zarówno przez nauczycieli, jak i uczniów. Dzięki temu 90% uczniów pracuje, ma dobre oceny i świetlaną przyszłość, a pozostałe 10%... No cóż... Tania siła robocza również jest niezmiernie potrzebna w kraju. Oczywiście pomińmy już fakt, że w rzeczywistości by to nie wypaliło, bo Komisja Etyki by protestowała, ale bardzo fajny pomysł.
  Kolejnym fajnym motywem w anime jest właśnie ta podwójna wojna klasy E. Jedną prowadzą ze swoim nauczycielem (chociaż to nie dokońca wojna...), a drugą z całą szkołą. Podoba mi się przemiana tej klasy - od czasu, kiedy dzieciaki zaczęły swoje szkolenie na zabójców, stały się na tyle twarde, że nie tylko wojują z Koro-senseiem, ale i byli w stanie przeciwstawić się systemowi, powiedzieć „nie” swojej sytuacji. Jednak mimo to, tak naprawdę głównym elementem tej wojny jest starcie przywódców – wychowawca kontra dyrektor. Sądząc po opisie, zapewne wiele osób stwierdziłoby, że dyrek już jest na przegranej pozycji, jednak nie tym razem! Pan dyrektor słusznie zauważył, że nie da się rozwiązać problemów jedynie za pomocą szybkości czy siły. Bardzo mi się podoba to, że nawet jeśli Koro-sensei jest tą niezwyciężoną formą życia, to i tak posiada swojego ludzkiego przeciwnika (… w zasadzie stwierdzenie „ludzkiego” jest mocno złagodzone. Kto wie, jakim czortem jest ten dyrektor... Z pewnością nienormalnym...).
  Ciężko mi się wypowiedzieć o próbach zabójstwa. W zasadzie część z nich jest dobra, a druga taka... Nijaka... Zaczynając od tych dobrych – są fajnie przemyślane, pokazują, jak każdy z uczniów próbuje zdobyć nagrodę na własny sposób, a także błędy zarówno w ich próbie morderstwa jak i podejściu do wielu spraw. Co do tych nijakich... No po prostu są i tyle. Nie ma jakiegoś powalającego efektu. Bardzo mi się podobała ta akcja, pod koniec serii. Ich współpraca i to jak przechytrzyli Koro-senseia. Genialnie podsumowało to całą pracę klasy przez pierwszy sezon tej produkcji.
  Oczywiście seria ma swoje minusy. Akcja rozwija się szalenie WOLNO. Nie widać tego procesu poprawy ich umiejętności. Owszem, dostrzegam różnice zarówno w ich nauce jak i zdolnościach bojowych, jednak proces tej przemiany jest albo tak ukryty, że go po prostu nie widzę, albo go nie ma (nie wykluczam punktu pierwszego). Bardzo mi tego brakowało.
Nie podobał mi się też dobór dubbingu do niektórych postaci. Jeszcze do głosów tych bohaterów, którzy występowali częściej, dało radę się przyzwyczaić. Jednak jeśli chodzi o np. epizotycznych skrytobójców, to często nie dawałabym im takich niskich głosów. Ale to moje zdanie. Jeszcze mogę się przyczepić do jednej konkretnej sceny, w której postacie mówiły po angielsku. To było okropne... Już nawet ja, która nie rozróżnia angielskich akcentów ani czy ktoś coś dobrze wymawia czy akcentuje to zauważyłam! To było wręcz potwornie sztuczne. Tragedia...
  No i ostatni minus – to jest przeszłość Koro-senseia. Chodzi mi bardziej o to, że autor wrzuca od czasu do czasu małe aluzje dotyczące tego, kim jest ten nauczyciel, skąd się wziął i tym podobne, po czym, albo kończy odcinek, albo całkowicie zamyka ten temat. Okej, rozumiem, że miało to wzbudzić ciekawość u widza, ale mnie po prostu najzwyczajniej w świecie irytowało. Gdyby autor tego tak nie przeciągał, to wszystko byłoby w porządku, no ale cóż...
  Nie omówiłam jeszcze postaci. Zacznę od Koro-senseia. Oprócz tej irytującej, ukrytej przeszłości pełni on genialną funkcję komediową. No cóż więcej mogę napisać? Nie czułam aż takiego przywiązania do tego bohatera. Chociaż muszę przyznać, że podoba mi się to, że nie jest idealny. Gdyby nie miał żadnych słabych punktów, byłoby wręcz nudno, co nie?
  O wiele bardziej polubiłam Karmę. Ten chłopak był genialny! Sadysta, kierujący się własnymi zasadami, który wręcz marzył, aby zamordować swojego nauczyciela. Gość patrzył na wszystkich z góry i podchodził do wszystkiego lekceważąco. Ale i tak go bardzo lubiłam! (Taaa, sadystyczny i egoistyczny morderca... idealny facet dla ciebie, Harpia. S.)
  No i jest jeszcze Nagisa. Dość sympatyczna osoba, robiąca za narratora tego anime. Jest niezwykle spostrzegawczy – prowadził dziennik ze słabymi punktami Koro-senseia, które później bardzo się przydały. Podoba mi się także, że niby taki niewinny, grzeczny i tym podobne, a ma najwięcej morderczych instynktów. No co? Mam słabość to takich postaci :).
  No i na koniec sprawa techniczna, czyli kreska. Okej, powiem tak – na ogół jest słodka, ba! Dla niektórych może być nawet przesłodzona, jednak moim zdaniem potrafi być w niektórych momentach przerażająca. Ogólnie zastrzeżeń nie mam.

Podsumowując: Lekka, przyjemna komedia, nawet nie taka krwawa i brutalna, jakby zapowiadał opis.

Moja ocena: 8/10

Harpia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz