Hejo. Po wczorajszej krótkiej przerwie dziś zostawiamy was z recenzją nasz kochanej Harpii.
Pozdrawiam
„Truskawkowe Pola”
Jordi Sierra i Fabra
„Życie jest niczym
wielka szachownica i wszystko zależy od tego, jak rozstawimy nasze
figury.
Luciana zrobiła fałszywy ruch i jej partia zbliża się
do końca...
Czy dzięki desperackiej pomocy przyjaciół będzie
mogła grać dalej?”
Wydawnictwo Akapit Press (opis z okładki)
Dawno nie było recenzji książki,
więc dzisiaj przedstawię swoją opinie o mniej lub bardziej znanej
powieści „Truskawkowe pola”. A więc enjoy!
„Truskawkowe pola” to historia
paczki przyjaciół – Luciany, Cinty, Santiego i Maximo,
którzy postanowili w piątkowy wieczór zabalować. I jak to typowi
młodzi ludzie poszli do klubu, pobawili się, potańczyli. Dopiero
później doszły dragi – małe, niby niegroźne, białe tabletki.
Po ich zażyciu, Luciana dostała ataków gorąca, a następnie
trafiła do szpitala. Zapadła w śpiączkę. Teraz Cinta, Santi i
Maximo muszą znaleźć dilera, który sprzedał im te trefne „bilety
do raju”, by zdobyć próbkę owego białego cuda i uratować życie
swojej przyjaciółki.
Tytuł odnosi się do piosenki znanego
zespołu The Beatles (kojarzycie tych panów, nie?) „Strawberry
Fields Forever”. Już na początku książki możemy znaleźć
cytat z powyższego utworu:
„Nothing is real
And nothing to get hung about.
Strawberry Fields forever.”
And nothing to get hung about.
Strawberry Fields forever.”
„Nic nie jest
prawdziwe,
nic nie jest ważne,
Truskawkowe Pola, na
zawsze.”
Zapewne
zastanawia was, co ma piernik do wiatraka. Mnie również. Przyznam
szczerzę, że pytałam kochanego wujka Google, jednak podał on mi
dwie podpowiedzi. Według pewnych źródeł „Strawberry Field” to
nazwa liverpoolskiego sierocińca, w pobliżu którego wychowywał
się John Lennon. Budynek był otoczony dzikim ogrodem, gdzie podobno
pan Lennon w dzieciństwie bawił się razem z przyjaciółmi w
Indian i wchodził na drzewa. Drugim zagadnieniem, jakie znalazłam
było to, że Strawberry Fields miały być nazwą stanu wywołanego
przez LSD (ten narkotyk był też nazywany Truskawkami, ponieważ
nasączona nim bibułka zwykle była przyozdobiona ilustracjami –
często widniały tam właśnie truskawki). Myślę, że i to, i to
jest słuszne.
Jeśli chodzi o pierwszy
punkt – Truskawkowe Pola mogą symbolizować to piękne miejsce
zabaw, raj dla wyobraźni, gdzie nie było żadnych zmartwień.
Miejsce wręcz idealne, które dorośli wspominają z utęsknieniem.
Teraz połączmy to z drugą podpowiedzią... Okej, ciężko mi idzie
z interpretacją wierszy (skąd mam wiedzieć, co miał autor na
myśli, jeżeli on sam nie miał zielonego pojęcia!), jednak powiem,
jak ja to odbieram. Kiedy człowiek bierze narkotyki czuje się,
jakby jego wszystkie problemy zniknęły, przepadły. Jakby przestały
być ważne. Patrzymy na świat jak na wielką piaskownicę, gdzie
żyjemy swoją iluzją, bo czujemy jakby to wszystko było wręcz
nierealne. Przenosimy się właśnie to takiej rzeczywistości
Strawberry Field.
Okej, to tyle ze sprawy
technicznych. Truskawkowe Pola są niezwykłą powieścią o
narkotykach, która jako jedna z niewielu mogłaby naprawdę trafić
do młodzieży. Dlaczego? Przede wszystkim dla tego, że nie poucza
czytelnika. On przedstawia tylko historie, a to od tego, kto ją czyta, zależy co z niej wyniesie.
Dodatkowo podobali mi się
stworzeni dorośli bohaterowie, a żeby być dokładną, to postacie
doktora i inspektora. Nie były to osoby typu: „Co za kretynem
trzeba być, żeby wziąć to świństwo”, a ludzie, którzy za
młodu tak jak te dzieciaki próbowali wszystkiego, ulegali panującej
modzie (hipisi, dzieci kwiaty itd., itp.). Bardzo mi się to
podobało, ponieważ to jest właśnie potwierdzenie tego braku
pouczania, a także pokazuje to, że każdy z nas w młodości robi
różne mniejsze i większe głupoty.
Powieść nie pokazuje
tylko i wyłącznie problemu narkotyków. Porusza również inne
problemy młodych (i nie tylko) ludzi, takie jak bulimia i kłopoty
rodzinne. Skupię się bardziej na tej chorobie, ponieważ wątek
problemów rodzinnych jest tylko i wyłącznie wspomniany. Wspaniale
została pokazana walka Lorety (tak się odmienia damskie imię
Loreto?) (na mój gust jest ono nieodmienne S.) nie tyle z ową chorobą, a z samą sobą – z
zaakceptowaniem faktu, że jest chora oraz, że jeżeli niczego nie
zmieni, to może się to skończyć tragicznie.
Wartą uwagi postacią jest
także reporter Mariano Zapata. Z całych sił starał się
zdobyć potrzebne informacje do gazety na temat Luciany, mimo
cierpienia rodziny czy ostrzeżeń policji, że jego artykuł może
uniemożliwić odnalezienie dilera. Nie przejmował się tym, że
przez jego pracę zdobycie tego samego narkotyku, co zażyła
dziewczyna, i uratowanie jej życia mogłoby stać się nie możliwe.
Po części pokazuje to, jak działają media – bywa, że są
bezwzględne, byle by tylko zdobyć odpowiedni materiał.
Wreszcie mogę przejść do
Luciany. Autor w sposób zaskakujący i naprawdę niezwykły pokazał
stan jej śpiączki – ten stan pomiędzy życiem, a śmiercią;
dylemat czy zawrócić z przebytej drogi czy iść dalej, aż w końcu
partię szachów z samą śmiercią. Mogłabym pisać i pisać, ale
gonią mnie termin, długość postu oraz Smoczyca, więc dodam
tylko, że kursywa zastosowana w fragmentach odnoszących się do
Luciany nadają fajny efekt oderwania od świata żywych do tej drogi
pomiędzy ową krainą a tą umarłych.
Mimo tych wszystkich plusów
wymienionych powyżej, powieść nie dostanie ode mnie najwyższej
oceny. Dlaczego? Cóż... Po prostu brakowało mi w niej tego
„czegoś”, co sprawia, że albo płaczę nad tym, że to już
koniec, albo że chcę ponownie ją przeczytać. W tej książce tego
nie ma. Jednak jest to moje indywidualne odczucie, więc może ktoś
inny, kto sięgnie po tę historię, zatraci się w niej o wiele
mocniej ode mnie :).
Podsumowując: Wspaniała i
wzruszająca powieść o przyjaźni, miłości i walce z efektami
„lewego odlotu”. Książka, z której wynosimy to, co sami
dostrzeżemy, a nie to, co narzuci nam autor.
Moja ocena: Mocna 5+
Harpia

jeśli szukasz książki do łez przeczytaj coś z innej tematyki...Ja w takich tematach szukam książki która mną wstrząśnie, poruszy co jeśli chodzi o narkotyki niekoniecznie oznacza łzy.Szczerze...nie znam książki o narkotykach(a sporo przeczytałam) przy których bym płakała...
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci bardzo za komentarz :). Cóż... Osobiście lubię smutne, wzruszające książki, niezależnie od tematu (no może z wyjątkiem romansideł XD), ale nie powiem, żebym szukała jakiejś do płaczu :D. Z natury niewiele powieści i filmów doprowadza mnie do takiego stanu, abym płakała ^^. Jednak jeżeli znasz jakąś wstrząsającą powieść godną polecenia, to byłabym wdzięczna, gdybyś chciała się podzielić owym tytułem :D.
UsuńPozdrawiam, Harpia.