niedziela, 24 stycznia 2016

„Nic nie jest prawdziwe, nic nie jest ważne, Truskawkowe Pola, na zawsze", czyli recenzja książki "Truskawkowe Pola"

Hejo. Po wczorajszej krótkiej przerwie dziś zostawiamy was z recenzją nasz kochanej Harpii.
 Pozdrawiam


„Truskawkowe Pola” 
Jordi Sierra i Fabra



„Życie jest niczym wielka szachownica i wszystko zależy od tego, jak rozstawimy nasze figury.
Luciana zrobiła fałszywy ruch i jej partia zbliża się do końca...
Czy dzięki desperackiej pomocy przyjaciół będzie mogła grać dalej?”
Wydawnictwo Akapit Press (opis z okładki)

  Dawno nie było recenzji książki, więc dzisiaj przedstawię swoją opinie o mniej lub bardziej znanej powieści „Truskawkowe pola”. A więc enjoy!
  „Truskawkowe pola” to historia paczki przyjaciół – Luciany, Cinty, Santiego i Maximo, którzy postanowili w piątkowy wieczór zabalować. I jak to typowi młodzi ludzie poszli do klubu, pobawili się, potańczyli. Dopiero później doszły dragi – małe, niby niegroźne, białe tabletki. Po ich zażyciu, Luciana dostała ataków gorąca, a następnie trafiła do szpitala. Zapadła w śpiączkę. Teraz Cinta, Santi i Maximo muszą znaleźć dilera, który sprzedał im te trefne „bilety do raju”, by zdobyć próbkę owego białego cuda i uratować życie swojej przyjaciółki.
  Tytuł odnosi się do piosenki znanego zespołu The Beatles (kojarzycie tych panów, nie?) „Strawberry Fields Forever”. Już na początku książki możemy znaleźć cytat z powyższego utworu:

Nothing is real
And nothing to get hung about.
Strawberry Fields forever.”

Nic nie jest prawdziwe,
nic nie jest ważne,
Truskawkowe Pola, na zawsze.”

  Zapewne zastanawia was, co ma piernik do wiatraka. Mnie również. Przyznam szczerzę, że pytałam kochanego wujka Google, jednak podał on mi dwie podpowiedzi. Według pewnych źródeł „Strawberry Field” to nazwa liverpoolskiego sierocińca, w pobliżu którego wychowywał się John Lennon. Budynek był otoczony dzikim ogrodem, gdzie podobno pan Lennon w dzieciństwie bawił się razem z przyjaciółmi w Indian i wchodził na drzewa. Drugim zagadnieniem, jakie znalazłam było to, że Strawberry Fields miały być nazwą stanu wywołanego przez LSD (ten narkotyk był też nazywany Truskawkami, ponieważ nasączona nim bibułka zwykle była przyozdobiona ilustracjami – często widniały tam właśnie truskawki). Myślę, że i to, i to jest słuszne.
  Jeśli chodzi o pierwszy punkt – Truskawkowe Pola mogą symbolizować to piękne miejsce zabaw, raj dla wyobraźni, gdzie nie było żadnych zmartwień. Miejsce wręcz idealne, które dorośli wspominają z utęsknieniem. Teraz połączmy to z drugą podpowiedzią... Okej, ciężko mi idzie z interpretacją wierszy (skąd mam wiedzieć, co miał autor na myśli, jeżeli on sam nie miał zielonego pojęcia!), jednak powiem, jak ja to odbieram. Kiedy człowiek bierze narkotyki czuje się, jakby jego wszystkie problemy zniknęły, przepadły. Jakby przestały być ważne. Patrzymy na świat jak na wielką piaskownicę, gdzie żyjemy swoją iluzją, bo czujemy jakby to wszystko było wręcz nierealne. Przenosimy się właśnie to takiej rzeczywistości Strawberry Field.
  Okej, to tyle ze sprawy technicznych. Truskawkowe Pola są niezwykłą powieścią o narkotykach, która jako jedna z niewielu mogłaby naprawdę trafić do młodzieży. Dlaczego? Przede wszystkim dla tego, że nie poucza czytelnika. On przedstawia tylko historie, a to od tego, kto ją czyta, zależy co z niej wyniesie.
  Dodatkowo podobali mi się stworzeni dorośli bohaterowie, a żeby być dokładną, to postacie doktora i inspektora. Nie były to osoby typu: „Co za kretynem trzeba być, żeby wziąć to świństwo”, a ludzie, którzy za młodu tak jak te dzieciaki próbowali wszystkiego, ulegali panującej modzie (hipisi, dzieci kwiaty itd., itp.). Bardzo mi się to podobało, ponieważ to jest właśnie potwierdzenie tego braku pouczania, a także pokazuje to, że każdy z nas w młodości robi różne mniejsze i większe głupoty.
  Powieść nie pokazuje tylko i wyłącznie problemu narkotyków. Porusza również inne problemy młodych (i nie tylko) ludzi, takie jak bulimia i kłopoty rodzinne. Skupię się bardziej na tej chorobie, ponieważ wątek problemów rodzinnych jest tylko i wyłącznie wspomniany. Wspaniale została pokazana walka Lorety (tak się odmienia damskie imię Loreto?) (na mój gust jest ono nieodmienne S.) nie tyle z ową chorobą, a z samą sobą – z zaakceptowaniem faktu, że jest chora oraz, że jeżeli niczego nie zmieni, to może się to skończyć tragicznie.
  Wartą uwagi postacią jest także reporter Mariano Zapata. Z całych sił starał się zdobyć potrzebne informacje do gazety na temat Luciany, mimo cierpienia rodziny czy ostrzeżeń policji, że jego artykuł może uniemożliwić odnalezienie dilera. Nie przejmował się tym, że przez jego pracę zdobycie tego samego narkotyku, co zażyła dziewczyna, i uratowanie jej życia mogłoby stać się nie możliwe. Po części pokazuje to, jak działają media – bywa, że są bezwzględne, byle by tylko zdobyć odpowiedni materiał.
  Wreszcie mogę przejść do Luciany. Autor w sposób zaskakujący i naprawdę niezwykły pokazał stan jej śpiączki – ten stan pomiędzy życiem, a śmiercią; dylemat czy zawrócić z przebytej drogi czy iść dalej, aż w końcu partię szachów z samą śmiercią. Mogłabym pisać i pisać, ale gonią mnie termin, długość postu oraz Smoczyca, więc dodam tylko, że kursywa zastosowana w fragmentach odnoszących się do Luciany nadają fajny efekt oderwania od świata żywych do tej drogi pomiędzy ową krainą a tą umarłych.
  Mimo tych wszystkich plusów wymienionych powyżej, powieść nie dostanie ode mnie najwyższej oceny. Dlaczego? Cóż... Po prostu brakowało mi w niej tego „czegoś”, co sprawia, że albo płaczę nad tym, że to już koniec, albo że chcę ponownie ją przeczytać. W tej książce tego nie ma. Jednak jest to moje indywidualne odczucie, więc może ktoś inny, kto sięgnie po tę historię, zatraci się w niej o wiele mocniej ode mnie :).

Podsumowując: Wspaniała i wzruszająca powieść o przyjaźni, miłości i walce z efektami „lewego odlotu”. Książka, z której wynosimy to, co sami dostrzeżemy, a nie to, co narzuci nam autor.

Moja ocena: Mocna 5+


Harpia

2 komentarze:

  1. jeśli szukasz książki do łez przeczytaj coś z innej tematyki...Ja w takich tematach szukam książki która mną wstrząśnie, poruszy co jeśli chodzi o narkotyki niekoniecznie oznacza łzy.Szczerze...nie znam książki o narkotykach(a sporo przeczytałam) przy których bym płakała...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo za komentarz :). Cóż... Osobiście lubię smutne, wzruszające książki, niezależnie od tematu (no może z wyjątkiem romansideł XD), ale nie powiem, żebym szukała jakiejś do płaczu :D. Z natury niewiele powieści i filmów doprowadza mnie do takiego stanu, abym płakała ^^. Jednak jeżeli znasz jakąś wstrząsającą powieść godną polecenia, to byłabym wdzięczna, gdybyś chciała się podzielić owym tytułem :D.
      Pozdrawiam, Harpia.

      Usuń