poniedziałek, 2 listopada 2015

Z dna smoczej szuflady

Ciąg dalszy tortur... Wybaczycie? No jasne, że nie... Jestem leniem... Dziś już cierpiałam z powodu czytania w nocy książki, nie wyspania się, obudzenia przez kochanych rodziców śpiewem (oni nie umieją śpiewać zupełnie), szukanie przez dwie godziny weny (chyba wszystkie sposoby zaliczyłam... Grałam na pianinie, słuchałam muzyki, czytałam wiersze, bawiłam się sprężynami, piłkę o ścianę odbijałam, nawet leżałam głową w dół - rada Harpii - ale nic nie pomagało.... =[ ), potem jakoś nagle dostałam natchnienia i bum, napisałam wreszcie esej (za długi)! Ale wam go nie pokaże XD. Przynajmniej na razie. Chcę go dopracować jeszcze ;). Więc moje lenistwo teraz bierze nade mną górę i wstawiam wam ciąg dalszy tego czegoś.
Miłego śmiania się XD


"Obdarzeni"
część III

Kiedy dojechali do domu Karai, Jack zrobił się trochę bardziej poważny.
 - Ja do niej idę, bo ciebie to już nie wpuści. Zaskoczyłaś ją i bardzo wystraszyłaś – powiedział skupiony chłopak. - Robimy wszystko zgodnie z planem.
 - Czyli ty pakujesz się w kłopoty, a ja mam cię wyciągać, tak? - odpowiedziała Emmy z drwiną w głosie.
 - Dokładnie, kotku.
 - Jeśli jeszcze raz tak do mnie powiesz, to będziesz to załatwiał sam – zagroziła zirytowana dziewczyna.
 - Dobra, już dobra. Idę – powiedział otwierając drzwi. - Bądź w pogotowiu – powiedział i wysiadł z samochodu zatrzaskując drzwi. 
Emmy mruknęła niezadowolona. Nie chciała, aby jej cudeńko szybko poszło na złom, a z jej nieudolnym przywódcą raczej miało na to małe szanse. Zgasiła silnik i wysiadła delikatnie zamykając drzwi. Popatrzyła w okna na ostatnim piętrze. To w tamtych pokojach zaraz mieli dokładnie określić jaką moc ma nowa i zabrać ją stąd, a przynajmniej pouczyć o niebezpieczeństwach i namówić do dołączenia do grupy.
Wiedziała, że ta mała nie ma zielonego pojęcia o życiu, a Jack nie był zbyt dobrym dyplomatom. Zapowiadała się potyczka. Jakby na potwierdzenie jej przypuszczeń okna na ostatnim piętrze rozjaśniły się błękitnym blaskiem.
Westchnęła i zamieniła się w powiew wiatru, po czym przeniosła się pod okna Karai. Zajrzała przez nie i uśmiechnęła się cierpko, ponieważ zobaczyła coś, co zwykłego człowieka by przeraziło. Z rąk Karai wylatywały ostrza stwarzane z mroku a Jack odbijał je z łatwością piorunami.
- On sobie nigdy sam nie może poradzić – mruknęła Emmy. Silnym powiewem wiatru otworzyła uchylone okno i cicho wsunęła się do środka. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, ponieważ tamta para była bardzo zajęta sobą.
 - Przestań, ponieważ nie chcę cię skrzywdzić – Jack próbował jakoś uspokoić rozszalałą dziewczynę.
 - Przychodzisz tu ni z gruszki ni z pietruszki i mówisz mi jaką mam moc, i że jesteś w stanie mi pomóc. Jak chcesz mi pomóc skoro ja sama nawet nie umiem zapanować nad tą mocą? - krzyknęła przerażona Karai, posyłając w stronę Jacka kolejną salwę ostrzy.
 - Wiesz, ja też jestem ciekawa, jak zamierzasz jej pomóc. Przecież, żeby dostać się do jakiejkolwiek grupy, trzeba tego pragnąć i przejść test. Nawet w naszej panuje taka zasada, a skoro ona tego nie chce, to nie wiem, co my tu jeszcze robimy. - powiedziała Emmy, stając się widzialna.
Jack i Karai przestali walczyć i spojrzeli na Emmy. Siedziała spokojnie na parapecie i patrzyła na nich ze stoickim spokojem.
 - Ty?!?!?! - wrzasnęła zdziwiona pisarka.
 - No nareszcie się pojawiłaś... - westchnął Jack. - Ta dziewczyna jest niesamowita. Trzeba będzie nauczyć ją panować nad mocą, bo rozwali całe miasto, ale tak to jest świetna. A jeśli chodzi o pomoc, to przecież na pewno w końcu zechce do nas dołączyć, a z testem na pewno nie będzie miała kłopotu. Ma takie umiejętności, że nie jedna osoba z naszej grupy jest przy niej niewinnym króliczkiem.
 - Skąd ta pewność, że będzie chciała? - zapytała Emmy, patrząc sceptycznie na Karai.
 - Dlaczego miałaby nie chcieć? Przecież w grupie będzie miała zapewnioną ochronę przed Przeklętymi. - odpowiedział zdziwiony Jack.
 - Kto to są Przeklęci? - zapytała cicho przestraszona, zaskoczona i zdezorientowana Karai.
 - To dość długa historia. - powiedział chłopak. - Bogowie mogą obdarzać zwykłych ludzi mocami, wiesz to, prawda? - pisarka pokiwała głową. - Jednak Hades, za uwiedzenie Zeusowi jednej kochanki, został przez niego ukarany i wszyscy ludzie, którym ten bóg podarował moc, umarli. No i Hades się wściekł. Posłał na Ziemię dusze wszystkich tych osób. Stali się oni Przeklętymi i ścigają nas, Obdarowanych. Dlatego stworzyliśmy grupy, aby móc się przed nimi bronić, ponieważ przewyższają nas mocą. - zakończył, uśmiechając się ciepło do Karai.
 - Jesteś liderką jednej z takich grup, a on jest twoim podwładnym? - zapytała pisarka Emmy.
Dziewczyna wybuchła śmiechem i wydukała:
 - Ja? Nigdy w życiu! Ja się do tego nie nadaję...
 - Ja jestem liderem, a Em jest moją zastępczynią. - powiedział lekko urażony Jack. - Karai, my naprawdę chcemy ci pomóc. Może Przeklęci jeszcze cię nie wytropili, ale kiedy to zrobią, już się od nich nie uwolnisz. Będziesz musiała ich zabić, ale bez grupy nie dasz sobie rady, wszystko jedno, jak potężna jesteś. Oni są naprawdę silni, szybcy i bardzo trudno ich pokonać. Można tego dokonać tylko walcząc co najmniej w cztery osoby. A na dodatek, nie potrafisz panować nad swoją mocą, więc jednocześnie walcząc z nimi mogłabyś ujawnić się przed zwykłymi ludźmi, a ci zamknęli by cię w klatce i robili na tobie eksperymenty... - dodał chłopak patrząc na Emmy, której pod koniec jej wypowiedzi zaszklił się wzrok.
 - Ktoś z was kiedyś został złapany, dlatego, że nie chciał dołączyć do twojej grupy, prawda? I czujesz się za to odpowiedzialny? I dlatego tak bardzo się o mnie troszczysz? - zapytała Karai.
 - Bystra jesteś. - odpowiedział Jack ze smutnym uśmiechem. - Ale to jest dość nieprzyjemny temat, więc może zapomnijmy o tym i porozmawiajmy o tym, co nas tu przywiało. Może jednak pomyślisz, aby do nas dołączyć? - zapytał chłopak, patrząc z oczekiwaniem na pisarkę. Karai westchnęła i opadła zmęczona na podłogę. Pozostała dwójka przypatrywała jej się z oczekiwaniem.
Po długiej chwili oboje drgnęli przerażeni. Emmy zeskoczyła z parapetu i szybko podeszła do Jacka.
 - Wywołaliśmy wilki z lasu. - mruknęła dziewczyna, a pisarka spojrzała na nich z niepokojem.
 - Musimy wezwać pozostałych. Jeśli jest ich więcej niż dwa, to nie poradzimy sobie sami. - westchnął Jack.
 - O co wam chodzi? - zapytała pisarka i kiedy spojrzała na ich twarze, od razu zrozumiała. - To ci Przeklęci, prawda? Znaleźli mnie...
 - Niekoniecznie wyczuli ciebie. - popatrzył na swoją towarzyszkę, która spuściła głowę, zamknęła oczy i cicho szeptała coś w niezrozumiałym języku brzmiącym jak szum wiatru. - Raczej mnie i Emmy. Znają nasz zapach i ostatnio często nas odnajdują. Wystarczy, że raz użyjemy mocy i już mamy ich całą chmarę na karku. Przepraszamy za kłopot. Musimy iść, zanim przyjdą tutaj i cię odkryją. - gorączkowo nawijał chłopak.
 - Za późno. - odpowiedziała Emmy podnosząc głowę i otwierając oczy.
Przez okno zaglądały do pokoju dwie twarze. Były przerażające. Miały ciemne włosy, czarne, nieruchome oczy szarą skórę oraz krwistoczerwone usta. Niezgrabnie wdrapały się na parapet i weszły do pokoju. Były to wysokie istoty w długich szatach koloru smoły. Jack i Emmy zasłonili sobą Karai, a chłopak powiedział:
- Ten świat należy do żywych, czego więc tu szukacie? Wróćcie do świata, do którego należycie, do świata umarłych i do swojego pana, Hadesa. Nie niepokójcie nas więcej!
- Czy to kiedyś zadziałało? - zapytała przestraszona Karai.
- Kiedy mamy dziesięciokrotną przewagę, to zaczynają się zastanawiać – szepnęła Emmy. Spojrzała na Jacka, który prawie niedostrzegalnie skinął głową. W tym momencie dziewczyna stworzyła z powietrza dwa miecze i natarła na obydwóch Przeklętych. Uniknęli ataku i posłali w stronę Emmy ogniste kule. Dziewczyna ugasiła je zimnym podmuchem wiatru. Jack spróbował unieruchomić ich elektrycznymi łańcuchami, jednak Przeklęci bez problemu je rozerwali.
- Zaatakujmy wszyscy razem – powiedziała Karai i nie czekając na odpowiedź zaczęła zasypywać wrogów deszczem mrocznych ostrzy. W jej ślady poszli Jack i Emmy, jednak ich wysiłki na nic się zdały. Żadne ostrze nie było w stanie zabić tych Przeklętych.
- Cholera – warknęła zastępczyni lidera - pojawili się kolejni.
Faktycznie, przez okno przechodzili kolejni dwaj wrogowie. Jack, Emmy i Karai stanęli opierając się o siebie plecami. Byli w potrzasku a ich wrogowie nie dość, że mieli przewagę liczebną, to jeszcze byli od nich silniejsi.
- Kurde, nie myślałam, że zginę w takim miejscu – warknęła Emmy wściekle.


Ciąg dalszy nastąpi

Smoczyca

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz