Witajcie!
Dzisiaj ja piszę wstęp :) Przede wszystkim chciałabym was przeprosić, że dopiero teraz dodajemy nowy post, jednak przez pewną osobę (no dobrze, dobrze, przyznaję się do winy!) recenzja dotarła nieco później... Ale nie ma tego złego! A więc zaczynajmy!
Harpia
"Zankyou
no Terror"
„Tokijska
policja próbuje schwytać dwoje młodocianych terrorystów, zwanych
Sfinksami, którzy z nieznanych przyczyn podkładają w mieście
bomby.”
Przyznam
szczerze, że kiedy podchodziłam do tego anime, miałam nieco inne
wyobrażenie dotyczące fabuły. Nie chodzi mi o to, że się tym
zawiodłam. O nie! To jest ostatnia rzecz, jaką mogę o akcji
powiedzieć. Chodzi mi o to, że kiedy polecono mi anime mówiąc, że
jest ono o terrorystach, to od razu wyobraziłam sobie coś krwawego
i drastycznego. Przeoczyłam tylko jeden malutki szczególik –
Zankyou no Terror poleciła mi Smoczyca. Tak, moi drodzy, chodzi mi o
tego Tchórzosmoka. Dlatego wszelkie nieco bardziej działające na
psychikę serię od razu odpadają!
Po
obejrzeniu całego sezonu mogę powiedzieć tak – anime było
delikatne, ale bardzo smutne. Nie do tego stopnia, żebym ryczała
(ja nigdy nie płaczę ani na filmach, ani na książkach), jednak
potem miałam wiele przemyśleń dotyczących bohaterów, ich losu,
to co zrobili, w jakim celu czy co ich do tego skłoniło. Zankyou no
Terror jest z pewnością anime, które skłania do przemyśleń,
zarówno tych głębszych, jak i tych bardziej lichych.
Z
początku myślałam, że będzie to coś na zasadzie Death Note'a –
główni bohaterzy w sposób kontrowersyjny chcą „naprawiać”
świat, do tego stopnia, że stają się kryminalistami. Na ich
drodze staje genialny detektyw i w tym momencie rozpoczyna się walka
między dobrem, a złem. Teraz mogę z pewnością stwierdzić, że
to nie w tę stronę droga! Zacznijmy od tego, że główni
bohaterowie (Nine oraz Twelve) od początku są czarnymi charakterami
i w przeciwieństwie do Lighta (głównego bohatera Death Note'a) z
czasem zaczynają się zmieniać na lepsze. Także ich czyny nie były
kierowane chęcią wyczyszczenia świata ze zła. Należy też
podkreślić, że DN zawierał w sobie o wiele więcej tajemniczości,
a bohaterowie kombinowali tak, że miejscami człowiek nie potrafił
się połapać. W Zankyou no Terror zagadki naszych bohaterów nie są
najprostsze, a także wymagają znajomości wielu mitów, wierzeń,
Biblii czy symboliki. Jednak u naszych terrorystów brak tej
zawiłości, jaką możemy znaleźć w wyżej wymienionej serii.
Mimo, że kocham wszelką formę tajemnicy, nie uważam tego za błąd.
Nadaje to serii niepowtarzalnego charakteru.
Przejdźmy
teraz do bohaterów. Chylę czoło przed autorem za postacie Nine'a,
Twelve'a oraz detektywa Kenjiro Shibasakiego. Zacznijmy od
pierwszej dwójki. Bardzo podobała mi się ich przeszłość. Mimo,
że jest to pomysł bardzo schematyczny i przewidywalny, to i tak mi
się podoba. Niestety zawiodłam się tym, jak łatwo Twelve wbił
Nine'owi nóż w plecy, mimo tego co razem przeżyli, mimo tego że
jako dzieci byli zdani na siebie, bez pomocy nikogo dorosłego. Ich
więź była silniejsza niż nie jedna relacja rodzeństwa. Dlatego
mnie tamte wydarzenia tym bardziej rozczarowały (dziewiąty odcinek,
tak przeklęłam, że aż Smoczycy uszy pousychały).
Powinnam
przejść teraz do detektywa, jednak nie chcę tak przeskakiwać z
jednego tematu na drugi, dlatego zacznę od Lisy, jednej z kobiecych
postaci, ponieważ jest ona mocno powiązana z moim znienawidzonym
odcinkiem. Z początku nic do niej nie miałam. Nie denerwowała mnie
nawet za bardzo, co nieco używała mózgownicy (w przeciwieństwie
do niektórych damskich postaci z anime). Ba! Nawet przez moment
broniłam ją przed naszym Jaszczurem. Niestety, później mnie
naprawdę mocno zawiodła. Ci którzy mnie znają (oraz ci, którym
jęczałam nad głowami) zapewne już domyślili się o co chodzi.
Tak, mam na myśli wątek romantyczny. Dziewięćdziesiąt procent
moich ulubionych anime jest niszczonych bezlitośnie przez parowanie
moich ulubionych bohaterów z moim znienawidzonymi bohaterkami. Tak
samo zapowiadało się w tym anime. Mimo, że dalej nie przepadam za
Lisą ma ona u mnie wielkiego plusa za to, że przemówiła
Twelve'owi do rozsądku, aby ten nie zostawiał w tym najgorszym
momencie swojego towarzysza. Ciągle za nią nie przepadam, ale nie
kuje mnie już tak w oczy (ale dalej sądzę, że jej autor nie
kocha, bo ani minuty anime nie poświęcił na wyjaśnienie jej
wątku, historii ani sytuacji rodzinnej).
Każdy
przestępca ma swojego przeciwnika w postaci genialnego detektywa.
Tutaj rolę tę pełnił detektyw Shibasaki. Postać sympatyczna,
niezwykle inteligentna i z niesamowitym poczuciem sprawiedliwości.
Dość typowa. Mimo to nie da się go nie lubić. Bardzo podobało mi
się to, że ciągle dążył do sprawiedliwości oraz odkrycia
prawdy. Razem z dobrem obywateli przekładał te wartości ponad
rozkazy przełożonych. Kiedy został zawieszony, stwierdził że nie
ma nic do stracenia i rozpoczął własne śledztwo. W anime jest też
(mimo że mało) pokazane to, że on jest normalnym człowiekiem –
ma rodzinę, dom, studiującą córkę - żadnej nadzwyczajnej
przeszłości. To nieco nietypowe dla postaci w anime (stary kawaler
albo wdowiec jest najczęściej spotykaną wersją dla takiego typu
postaci). Shibasaki ma u mnie jeszcze jednego plusa – nie zapomniał
o naszych bohaterach (ci co obejrzeli całą serie zapewne wiedzą o
co mi dokładnie chodzi).
Do kreski prawie nie mam się
do czego przyczepić. Całkiem przyjemna dla oka, przepiękne
krajobrazy, postacie nawet nawet. Nie jest ani za słodka, ani za
„ostra”. Jak dla mnie wręcz w sam raz. No, ale jak już
wspominałam, nie mam się PRAWIE do czego przyczepić. Tym małym
minusikiem jest Twelve. Mianowicie na jednej scenie wygląda
normalnie, a na kolejnej jak moje bazgroły z tyłu zeszytu od
geografii (czyli naprawdę źle...). Mimo to można to się do tego
przyzwyczaić.
Podsumowanie:
Anime
zmuszające do refleksji, nie podające wszystkich odpowiedzi na
tacy, po którym humor może drastycznie się zmienić. Poruszająca
końcówka (ostatnie słowa Nine'a do detektywa do dzisiaj pamiętam).
Moja
ocena:
4+
4+
Harpia

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz