Witamy! Musicie przeżyć, że dziś znowu nasza Gadzina was męczy, ale wszyscy pozostali zapracowani. Dziś tak dla odmiany uraczy was ona recenzją filmu.
Pozdrawiamy!
„Jumper”
reżyseria: Doug Liman
scenariusz: David S. Goyer, Jim Uhls, Simon Kinberg
„Film opowiada
o nastoletnim Davidzie Risie, który odkrywa, że posiada zdolność teleportacji. (..)
Wykorzystując odkrytą umiejętność, pozoruje śmierć, opuszcza ojca i rozpoczyna
nowe życie, rozpoczynając realizację swoich marzeń.”
No cóż… Mogłabym dodać więcej opisu
tego filmu, ale stwierdziłam, że wtedy ja już nic nie będę mogła na ten temat
powiedzieć.
„Jumper” to opowieść o chłopaku, który
odkrywa, że umie się teleportować. To mi się podoba! Sam pomysł na film
naprawdę mi się podoba. Ale jako że nie może być zbyt pięknie, film z
obiecującego dzieła staje się… czymś.
Fabuła jest na wskroś przewidująca,
jak w każdym amerykańskim, komercyjnym filmie sensacyjnym. Napakowany jest on
efektami specjalnymi (no nie są najgorsze, ale czemu tak dużo?). Akcja szybko się
rozwija, dla mnie nawet za szybko. Jeszcze nie zdążysz sobie przyswoić jednego
faktu, a już dostajesz ich kolejnych dziesięć. Twórcy chyba za dużo chcieli
pokazać, w tak krótkim czasie. No i przede wszystkim: dla mnie w pewnym
momencie to przestał być film s-f, a stała się to komedia romantyczna.
Romantyzmem ten film wręcz OCIEKA.
Chłopak po prostu staje na głowie i robi ogromną ilość głupot dla dziewczyny,
która jest jego pierwszą miłością, jeszcze z czasów liceum. No ale wiecie, o
miłości się nie dyskutuje, ona w każdym filmie MUSI być. Przecież nie może być
dobrego filmu bez miłości (wywraca oczami i wzdycha)…
Jakoś tak zaczęłam od użalania się nad
fabułą. Nie wiem, to mnie po prostu najbardziej razi w oczy.
Boli też fakt, że twórcy wyraźnie
poszli na łatwiznę. Wiele wątku jest zaczętych, prawie żaden nie skończony
(oprócz oczywiście miłości głównego bohatera). Jest sobie chłopak, umie się
teleportować. Niby dowiadujemy się, jakie są jego losy, ale skąd ma moc,
dlaczego on, na czym dokładnie ona polega? Czy to magia czy może czysta fizyka?
Nic, zero odpowiedzi. Bo to nie ważne przecież. Ważne, że główny bohater „ma tę
moc” („Mam tę moc, mam tę mooooc! Rozpalę to co się tli!”) i ratuje ukochaną oraz
świat, i w ogóle. A wróć, on nie ratuje świata. Bo to on jest „ten zły”. Znaczy
w teorii. Bo w praktyce to oczywiście wszyscy skoczkowie są niesprawiedliwie
ścigani i zabijani przez Paladynów.
No i tu mam kolejny sęk. Paladyn to
według definicji ci dobrzy, doskonali rycerze. Wiecie, cnoty i te sprawy. To
niech ktoś mi wytłumaczy, po co ci „Paladyni” zabijają w sposób brutalny Bogu
ducha winnych skoczków? No tak, to chyba bez sensu.
To jeszcze krótki przegląd bohaterów.
- David – jeden z najbardziej nieudolnych głównych
bohaterów amerykańskich filmów sensacyjnych. Przez połowę tej produkcji
dosłownie siedziałam i waliłam głową w biurko. Bo on naprawdę był idiotą i
głupkiem, a to wszystko, co on posiadał (łącznie z umiejętnościami), to można
było wykorzystać 100000 razy lepiej! I się przy tym nie dać złapać ani
namierzyć! No tak, ale jakby się nie dał, to by filmu nie było…
Dobra, psioczę na niego, ale ma jeden,
jedyny plus. A mianowicie (aż wstyd się przyznać XD), ale no cóż. Haydnowi Christensenowi można wiele zarzucić, ale
nie to, że jest brzydki. Powiem więcej: on jest BARDZO PRZYSTOJNY. No dobra,
koniec nastolatkowania… Bo grał beznadziejnie XD. Tak… nijako.
- Griffin - …… nie wiem, co o nim napisać. Nie
zdążyłam go znielubić, nie zdążyłam go polubić. Niby drugi główny bohater, a
był tak krótko jakoś i tak mało.
- Roland – taaaa i to imię. Humor twórców po
prostu nieziemski. Ironia - niby wielki dobrodziej rodzaju ludzkiego i imiennik jednego z najcnotliwszych ryczerzy literatury, a tu proszę bardzo. Mordestwa, tortury. Rozszalał nam sie Roland, rozszalał. I rozbestwił. Wkurza mnie jedynie to, że tak dobry aktor,
zagrał w filmie o tak niskim poziomie.
Darujcie mi,
że o głównej bohaterce nic nie powiem. To typowa zakochana niedorajda życiowa,
która raz kocha „pomimo wszystko”, a zaraz "chcę kochać, ale on jest beee”.
Podsumowując: Film jest marny, prosty,
przewidywalny i lekki. Idealny na wieczór, po bardzo męczącym dniu, żeby sobie usiąść
przed telewizorem z zimną colą w ręku i pośmiać z głupoty ludzi.
Moja ocena: …. 3? No może 3,5 (za to, że było na kim
oko zawiesić =P)
Smoczyca

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz