poniedziałek, 29 lutego 2016

Skoku, skoku po obłoku, czyli recenzja filmu "Jumper"

Witamy! Musicie przeżyć, że dziś znowu nasza Gadzina was męczy, ale wszyscy pozostali zapracowani. Dziś tak dla odmiany uraczy was ona recenzją filmu.
Pozdrawiamy!


„Jumper”

reżyseria: Doug Liman
scenariusz: David S. Goyer, Jim Uhls, Simon Kinberg



„Film opowiada o nastoletnim Davidzie Risie, który odkrywa, że posiada zdolność teleportacji. (..) Wykorzystując odkrytą umiejętność, pozoruje śmierć, opuszcza ojca i rozpoczyna nowe życie, rozpoczynając realizację swoich marzeń.



No cóż… Mogłabym dodać więcej opisu tego filmu, ale stwierdziłam, że wtedy ja już nic nie będę mogła na ten temat powiedzieć.
„Jumper” to opowieść o chłopaku, który odkrywa, że umie się teleportować. To mi się podoba! Sam pomysł na film naprawdę mi się podoba. Ale jako że nie może być zbyt pięknie, film z obiecującego dzieła staje się… czymś.
Fabuła jest na wskroś przewidująca, jak w każdym amerykańskim, komercyjnym filmie sensacyjnym. Napakowany jest on efektami specjalnymi (no nie są najgorsze, ale czemu tak dużo?). Akcja szybko się rozwija, dla mnie nawet za szybko. Jeszcze nie zdążysz sobie przyswoić jednego faktu, a już dostajesz ich kolejnych dziesięć. Twórcy chyba za dużo chcieli pokazać, w tak krótkim czasie. No i przede wszystkim: dla mnie w pewnym momencie to przestał być film s-f, a stała się to komedia romantyczna.
Romantyzmem ten film wręcz OCIEKA. Chłopak po prostu staje na głowie i robi ogromną ilość głupot dla dziewczyny, która jest jego pierwszą miłością, jeszcze z czasów liceum. No ale wiecie, o miłości się nie dyskutuje, ona w każdym filmie MUSI być. Przecież nie może być dobrego filmu bez miłości (wywraca oczami i wzdycha)…
Jakoś tak zaczęłam od użalania się nad fabułą. Nie wiem, to mnie po prostu najbardziej razi w oczy.
Boli też fakt, że twórcy wyraźnie poszli na łatwiznę. Wiele wątku jest zaczętych, prawie żaden nie skończony (oprócz oczywiście miłości głównego bohatera). Jest sobie chłopak, umie się teleportować. Niby dowiadujemy się, jakie są jego losy, ale skąd ma moc, dlaczego on, na czym dokładnie ona polega? Czy to magia czy może czysta fizyka? Nic, zero odpowiedzi. Bo to nie ważne przecież. Ważne, że główny bohater „ma tę moc” („Mam tę moc, mam tę mooooc! Rozpalę to co się tli!”) i ratuje ukochaną oraz świat, i w ogóle. A wróć, on nie ratuje świata. Bo to on jest „ten zły”. Znaczy w teorii. Bo w praktyce to oczywiście wszyscy skoczkowie są niesprawiedliwie ścigani i zabijani przez Paladynów.
No i tu mam kolejny sęk. Paladyn to według definicji ci dobrzy, doskonali rycerze. Wiecie, cnoty i te sprawy. To niech ktoś mi wytłumaczy, po co ci „Paladyni” zabijają w sposób brutalny Bogu ducha winnych skoczków? No tak, to chyba bez sensu.
To jeszcze krótki przegląd bohaterów.
 - David – jeden z najbardziej nieudolnych głównych bohaterów amerykańskich filmów sensacyjnych. Przez połowę tej produkcji dosłownie siedziałam i waliłam głową w biurko. Bo on naprawdę był idiotą i głupkiem, a to wszystko, co on posiadał (łącznie z umiejętnościami), to można było wykorzystać 100000 razy lepiej! I się przy tym nie dać złapać ani namierzyć! No tak, ale jakby się nie dał, to by filmu nie było…
Dobra, psioczę na niego, ale ma jeden, jedyny plus. A mianowicie (aż wstyd się przyznać XD), ale no cóż. Haydnowi Christensenowi można wiele zarzucić, ale nie to, że jest brzydki. Powiem więcej: on jest BARDZO PRZYSTOJNY. No dobra, koniec nastolatkowania… Bo grał beznadziejnie XD. Tak… nijako.
 - Griffin - …… nie wiem, co o nim napisać. Nie zdążyłam go znielubić, nie zdążyłam go polubić. Niby drugi główny bohater, a był tak krótko jakoś i tak mało.
 - Roland – taaaa i to imię. Humor twórców po prostu nieziemski.  Ironia - niby wielki dobrodziej rodzaju ludzkiego i imiennik jednego z najcnotliwszych ryczerzy literatury, a tu proszę bardzo. Mordestwa, tortury. Rozszalał nam sie Roland, rozszalał. I rozbestwił. Wkurza mnie jedynie to, że tak dobry aktor, zagrał w filmie o tak niskim poziomie.
Darujcie mi, że o głównej bohaterce nic nie powiem. To typowa zakochana niedorajda życiowa, która raz kocha „pomimo wszystko”, a zaraz "chcę kochać, ale on jest beee”.

Podsumowując: Film jest marny, prosty, przewidywalny i lekki. Idealny na wieczór, po bardzo męczącym dniu, żeby sobie usiąść przed telewizorem z zimną colą w ręku i pośmiać z głupoty ludzi.
  


Moja ocena: …. 3? No może 3,5 (za to, że było na kim oko zawiesić =P)



Smoczyca

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz