Z brudnych ścian, które dawniej pewnie były białe odchodził tynk, a drewniane framugi okien poczerniały. Niemal wtopione w ścianę drzwi, niczym ciemna plama były ledwo widoczne. Ich obecność zdradzała tylko wystająca klamka. Ciemnoczerwone dachówki leżały wkoło ścian, jakby spadły z dachu i nikt ich nie zauważył. Na parapetach okien stały kwiaty w donicach. A właściwie „suche wióry”, które z nich zostały. Przed wejściem stało parę metalowych stolików. Metal zarówno na stolikach jak i krzesłach zdążył zardzewieć, a parasole wyglądały, jakby próbowało je rozszarpać stado dzikich zwierząt, jednak nie udało im się dosięgnąć wyżej niż krawędzi materiału. Całość wyglądała, jakby budynek był opuszczony od bardzo dawna. Jedynymi zadbanymi elementem był wiszący nad drzwiami szyld z napisem w trzech językach „Witamy w barze Spod Ciemnej Gwiazdy” oraz spory kwiat doniczkowy, w którym smacznie spało kolejne kociątko.
Pożegnawszy się ze staruszkiem, który nadal był lekko zdezorientowany poprzednim spojrzeniem dziewczyny, (Trudno się dziwić. Człowiek poświęcił swój czas, żeby po nią pojechać, a ta zamiast podziękowania obrzuca go niemal morderczym spojrzeniem) ruszyła w stronę baru. Nie śpieszyło jej się. W końcu i tak Heather ją ochrzani, to co to za różnica czy zrobi to teraz, czy za pięć minut. Pchnęła ciężkie drzwi, a ich skrzypienie rozniosło się po całym ciemnym pomieszczeniu. Stęchłe powietrze zaatakowało nozdrza Rity.
Wnętrze prezentowało się niewiele lepiej. Przez czarne od brudu szyby przedostawały się tylko niewielkie stróżki światła, w których widać było unoszący się kurz. Na zgniłych drewnianych ścianach wisiały ciemne obrazy, jakby autor przez przypadek rozlał czarną farbę na nie wszystkie. Całe pomieszczenie zajmowały wielkie, również drewniane stoły z ławami zamiast krzeseł, które zostały po poprzednim właścicielu, kiedy jeszcze mieściła się tu restauracja. Były one jednak tak samo zapuszczone jak cały budynek. Naprzeciw drzwi znajdował się barek z wysokimi krzesłami, a obok niego dwie pary drzwi – czerwone, nowsze oraz czarne. Za blatem siedział łysy mężczyzna z długą siwą brodą, masywnej postury. Nosił strój motocyklisty. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne, a w rękach szklany kufel który starannie wycierał. Co jak co, ale naczynia lśniły czystością. Oprócz niego w kącie baru siedział inny mężczyzna, chowający się w cieniu.
Dziewczyna podeszła do baru uśmiechając się do barmana.
- Siemasz Marc! - powitała łysego opierając się o blat i ściszonym głosem dodała – Przyszłam w tej sprawie co zwykle.
Barman wskazał kciukiem czerwone drzwi mówiąc, aby się nie krępowała. Mruknąwszy ciche podziękowanie skierowała się w ich stronę omijając przy okazji białego kota z czarną plamką na czole, który wylegiwał się na środku podłogi. Szybko weszła do malutkiego pomieszczenia na wszelakie graty. Stały tam stosy pudeł wypełnione rzeczami większej i mniejszej przydatności. Nie miało ono żadnego okna, ale mała żaróweczka świetnie radziła sobie z oświetlaniem magazynku. Czarnowłosa jednak nie potrzebowała jej. Mężczyzna siedzący w kącie był zbyt podejrzany. Nie można było pozwolić mu na zobaczenie choćby najmniejszego skrawka pomieszczenia. Z resztą Rita i bez światła znalazłaby to czego szukała – wielką dębową szafę stojącą naprzeciw wejścia. Otworzyła monstrualne drzwi i z rozmachem przesunęła kurtki oraz futra odkrywając tylną płytę szafy. Zaczęła ją dotykać. W końcu znalazła przycisk, który po naciśnięciu odsunął wielką płytę na bok ukazując kamienne schody prowadzące w dół. Powoli weszła do środka, a szafa jak na komendę zamknęła się za nią. Eh, ta technologia! - pomyślała.
Krok po kroku schodziła w dół spiralnymi schodami, a z każdym jej ruchem zapalała się kolejna pochodnia. Czarodzieje jednak potrafili dobrze odwalić swoją robotę. Po paru minutach schody skończyły się, a przed nią ukazał się szeroki na trzy metry, również kamienny korytarz. Nagle drogę zastąpiła jej mała kamienna postać. Miała drobne oczy przykryte krzaczastymi brwiami, o ile te ostre kamienie można nazwać brwiami. Ponad połowę twarzy zajmowały szerokie usta, a mało dopracowany nos posiadał miejsce ukruszenia. U ramion miał wielkie pokaźne skrzydła, które po rozprostowaniu zajmowały prawie cały korytarz.
Postać przyjrzała się twarzy dziewczyny, która niepewnie się uśmiechnęła. Mimo, że wiele razy korzystała z tego przejścia nigdy nie przyzwyczaiła się do gargulców. Były to stworzenia zimne i bez uczuć. Jedyną ich zaletą była bezgraniczna lojalność celu, do jakiego zostały stworzone. Powstały w końcu z zaklęcia czarodzieja, więc czegóż się spodziewać po sztucznym życiu?
Gargulec odwrócił się do Rity plecami i pofrunął spokojnie przed siebie, co było znakiem dla dziewczyny, aby podążyła za nim. Przemierzali korytarze, które rozdzielały się a wiele rozgałęzień, ale stwór wiedział którędy iść, czy raczej lecieć. Czasami, kiedy weszli w któryś korytarz przejście za nimi zostawało zablokowane przez ogromną ścianę, co nie robiło na gargulcu wrażenia. Rita nie cierpiała ich towarzystwa, ale cóż mogła zrobić? Tylko oni potrafili przemierzyć ten labirynt. Gdyby ktoś samotnie próbowałby się udać do bazy Bractwa na pewno by zabłądził i umarł z głodu. Jeśli nie, to zostałby rozszarpany przez te kamienne istoty. Stąd nikt obcy jeszcze nie wyszedł żywy. A do tego piekła prowadzi graciarnia starego baru. Genialne czy szalone? Na to każdy musi sam sobie odpowiedzieć.
Po paru minutach milczącej wędrówki, w której źródłem dźwięku były kroki dziewczyny i trzepot skrzydeł stwora doszli do dwumetrowych zdobionych drzwi. Ledwo stanęła przed nimi, a wrota same rozwarły się ukazując wielki hol. Było to nowoczesne wielkie pomieszczenie, od którego odchodziło wiele korytarzy i parę wind. W centrum znajdowała się ogromna rzeźba.
Pośrodku jej widniały trzy postacie w płaszczach do ziemi. Pierwszy to mężczyzna z ostrymi rysami twarzy i gęstą brodą. Minę miał poważną. Mimo, że nie było widać nóg, można było wywnioskować po ułożeniu szaty, że lewa noga jest o krok do przodu od lewej. Jego prawa ręka, wyciągnięta do góry dzierżyła miecz. Lewa zwisała bezwładnie wzdłuż ciała. Kolejną osobą, była długowłosa dziewczyna. Mierzyła z łuku do niewidzialnej zdobyczy. Oczy miała lekko zmrużone, jakby przyglądające się czemuś w oddali. Jej twarz wyrażała pełne skupienie. Ostatnią przedstawioną personą był starzec w szpiczastym kapeluszu. Zarówno kapelusz jak i kilku centymetrowa broda zakrywała twarz mężczyzny. Spod nakrycia głowy wystawały długie kosmyki włosów. Stał lekko przygarbiony, a w ręce trzymał czarodziejską laskę. Stali plecami odwróceni do wysokiego kamienia, który kształtem przypominał obelisk. Na nim został wyrzeźbiony i pomalowany znak organizacji – węzeł celtycki oplatający trzy czaszki –jedna normalna, druga ledwo widoczna oraz trzecia z wydłużonymi kłami. Obelisk z jednej z czterech stron był nienaturalnie pusty.
Rita nie raczyła zatrzymać wzroku na rzeźbach. Miała wiele czasu w okresie swojej pracy dla Bractwa Cienia, aby ją oglądać, że teraz nie była dla niej niczym szczególnym. Ruszyła w stronę pierwszego korytarza po prawo. Mijała wiele pomieszczeń takich jak sale informatyczne, gdzie przesiadywali hakerzy, sale konferencyjne, gdzie biurokraci dyskutowali ze sobą o inwestycjach czy nawet laboratoria, gdzie czarodzieje tworzyli nowe zaklęcia bądź warzyli tajemnicze mikstury, których dla własnego zdrowia lepiej nie dotykać.
Nagle korytarz skończył się, a przed dziewczyną pojawiły się nowoczesne drzwi z czarnego szkła. Zapukała do nich, a usłyszawszy zaproszenie powoli je otworzyła, niczym małe dziecko, które sprawdza czy w jego szafie na pewno nie ma potwora. Niestety potwór tam był. I to nieźle wkurzony. „Ile mam jeszcze na ciebie czekać?!” mówił wyraz twarzy Heather. Była to kobieta dobiegająca czterdziestki, mimo że jej twarz nie wykazywała tego. Miała długie czarne włosy wiecznie związane w ciasny kok. Jej ciemnobrązowe oczy, osadzone na twarzy ciemnej karnacji, miały w sobie błysk wyrażający dyscyplinę i wyraźne niezadowolenie z postawy Rity. Nie zdołały tego ukryć nawet prostokątne okulary, które kobieta zakładała zawsze do czytania. Miała na sobie czarne spodnie sprasowane na kant i śnieżnobiałą, oficjalną koszulę, na którą narzuciła czarną marynarkę. Stała opierając się o wielkie, zasypane papierowymi stertami biurko. Mimo dużej ilości dokumentów wszystkie były odpowiednio porozdzielane i poukładane. Pokój w którym się znajdowały był gabinetem Narodowego Pułkownika Cienia – czyli Heather. Za biurkiem, pod ścianą stała wielka szafka na dokumenty oraz sejf, którego zawartość znała tylko szefowa. Oprócz tego był jeszcze czarny włochaty dywan, który pasował idealnie do białych ścian. Ogólnie pokój był mały i skromny, pasujący do charakteru McPride.
- Dłużej się nie dało? - spytała słodkim głosem pełnym jadu. Tak, Heather kochała dyscyplinę i nie cierpiała, kiedy się ktoś jej nie podporządkowywał.
- W sumie dało, ale im szybciej to wykonam, tym szybciej wrócę do spania – Oj, oj! Żyła na czole brązowookiej zaczęła się robić coraz bardziej wyraźna – Ale mniejsza o to. Co to za zlecenie?
Heather westchnęła. Podeszła do biurka i wysunęła szufladę. Na wierzchu leżała żółta teczka. Kobieta wzięła ją i wepchnęła bezceremonialnie w ręce Rity.
- Możesz się cieszyć - jedziesz do Włoch.
***
Skierowali się do zagraconej jadalni. Oboje nie byli zbytnio zdziwieni tym, że nikt ich nie przywitał. Prawdopodobnie gdzieś polecieli albo spali. Ona by najchętniej to zrobiła. Poszła spać. Ale nie, najpierw zaspokoi swój nerwowy żołądek, który coraz głośniej dopomina się o jedzenie. A może to żołądek Noctisa? A zresztą co za różnica. Jej, jego... I tak trzeba go napełnić. Weszli do kuchni nie zważając na okropny bałagan. Emmy bez żadnych ceregieli otworzyła zamaszystym ruchem lodówkę, wyjęła miskę pełną świeżych ryb i postawiła ją przed smokiem. Już miała naszykować sobie coś do jedzenia, ale usłyszała przeraźliwy dzwonek telefonu. Wyszła z kuchni i zaczęła szukać go na zawalonym papierami i dokumentami stole. Cholera, nie ma go. - pomyślała słysząc coraz bardziej natarczywą, głośną i irytującą melodię z “Różowej Pantery”.
Sprawdź pod książką Sary o modzie czy czymś takim. Taką grubą i w twardej oprawie.
Emmy jak zwykle posłuchała Noctisa i znalazła upierdliwe urządzenie, które wciąż nie przestawało wydawać z siebie znienawidzonej melodyjki. Wyjęła go spod opasnego tomiska o stu dwudziestu różnych rodzajach kapeluszy. Była tak skupiona na odbieraniu telefonu, że nie zauważyła spisu lecącego na jej nagą stopę, który spadł na nią z wielkim hałasem.
Nie znoszę jej książek. - pomyślała ze złością, odrzucają kopniakiem książkę, która wleciała z hukiem w drewniany zabytkowy regał. Rozpadł się, a wszystkie jego szklane części zbiły się w drobny mak. Jedna z desek poleciała w bok i rozbiła najbliższe okno. Emmy, wkurzona perspektywą tak dużego sprzątania walnęła z całej siły w piękny dębowy stół i przełamała go na pół. Stosy luźnych kartek, książek i plików arkuszy porozlatywały się po całej jadalni.
Noctis popatrzył na jej dzieło zniszczenia i stwierdził: Nie będą zadowoleni.
Emmy prychnęła wściekła i odebrała telefon, który był powodem tak wielu kłopotów.
- Czego? - zapytała lub raczej warknęła. Była zła, głodna i zmęczona. Nie miała ochoty ani na zwykłą rozmowę, ani tym bardziej na tłumaczenie się, dlaczego zrobiła taki bałagan. Chciała, żeby jeszcze nie wracali.
- Cześć Emmy! Jak zwykle miłe powitanie! - odpowiedział bardzo wesoły głos w słuchawce.
- No hej, hej. - dziewczyna rozchmurzyła się. Może nie będzie aż tak źle?
- Jak misja? Wszystko ok?
- Tak. Jajo jest już u nas. - odpowiedziała, siadając na krześle i masując sobie nogę, jednocześnie myśląc gorączkowo, jak naprawić ten drobny nieporządek.
On nie jest taki mały. - pomyślał Noctis.
Nie pomagasz. - zganiła go w myślach.
- Co taka małomówna? Jaki gatunek? Gdzie go włożyłaś? Jak się czuje? - zasypał ją gradem pytań rozmówca, nie dając się jej skupić.
- Małomówna, bo Sarah wszędzie zostawia swoje książki, a gatunek to Pożeracz Światła. Włożyłam go do świetlistej niszy nr 518 i czuje się bardzo dobrze. A ja jestem głodna. - zakończyła tonem narzekającego dziecka, które w sklepie oświadcza swoim rodzicom, że chce akurat tego misia, a nie innego. Zauważmy, że dzieci nie patrzą na ceny, ale najczęściej wybierają najdroższe zabawki. Niezwykły talent, dość kłopotliwy dla rodziców.
- To coś zjedz, chyba że chcecie ze Noctem do nas przylecieć. - odpowiedziała wesoło Kate.
- A gdzie jesteście? - zapytała Emmy, dopiero teraz zwracając uwagę na hałas, który dało się słyszeć w tle ich rozmowy.
- Jesteśmy w Barcelonie. Chłopaki chcieli polecieć na jakiś mecz, a Sarah musi zrobić zakupy. - odpowiedziała z lekką ironią kładąc nacisk na słowo “musi”.
- Nie, nie przylecimy. - odpowiedziała z lekkim wahaniem, przeciągając ostatnie słowo i rozglądając się po zdemolowanej jadalni. - Mamy coś ważnego do zrobienia. Musimy posprzątać mały bałagan. - dokończyła z przerażeniem patrząc na ogrom zniszczeń spowodowanych jedną książką.
Ty masz coś ważnego do zrobienia i to TY musisz posprzątać. Ja sobie popatrzę i odpocznę. Mogę ewentualnie podgrzać ci szkło z tego pękniętego okna. - pomyślał Noctis.
Dzięki. W taki razie, jaki z ciebie użytek? - odwarknęła Emmy.
- Aha, to trudno. Szkoda. Myślałam, że pomożesz mi upilnować Sarę, żeby za dużo nie wydała. - dokończyła lekko ironicznym głosem. Wiedziała, że Emmy nie była w stanie nikogo upilnować. Była zbyt dziecinna i sama zapatrzyłaby się pewnie w jakąś zabawkę albo zupełnie niepotrzebną rzecz. - Skoro nie przylecisz do nas, to Peter zostawił ci kolejne współrzędne na biurku i prosił, abyś to załatwiła przed naszym powrotem. - zakończyła Kate. - To do zobaczenia. - chwile później Emmy usłyszała trzask odkładanej słuchawki.
- Super. - warknęła wściekła dziewczyna odrzucając telefon. - Nie dość, że rozwaliłam pół domu, to jeszcze nie mogę tego naprawić! Zbieraj się Noct. Idę na górę wziąć szybki prysznic, przebiorę się, wezmę łuk, współrzędne i lecimy po kolejne. - myśląc o następnym jaju mimo woli się uśmiechnęła.
Jasne, idź. Tylko się nie spiesz. Weź długi prysznic. Musisz odpocząć, a oni tak szybko nie wrócą. Ja się teraz trochę prześpię, a ty odpocznij podczas kąpieli. Zjesz coś po drodze. Weźmiemy jajo, a potem wrócimy i będziesz się tłumaczyć z bałaganu. - odpowiedział, kładąc łeb na przednich łapach i zamykając oczy.
Taaa, tłumaczyć się. Jasne. Dobrze, że dopiero za kilka godzin. Mam nadzieję, że nie będę miała długiego szlabanu na lody.
Smoczyca (Helena Wąsik) & Harpia
Jest coraz ciekawiej naprawdę ta powieść jest niesamowita :)
OdpowiedzUsuńTo co piszecie jest naprawdę super :)
OdpowiedzUsuńWciągające...żal że nie można łyknąć całej książki na raz!!
OdpowiedzUsuńwrzućcie kolejny rozdział please :-)
OdpowiedzUsuń