“Opowieść o naukach
pobieranych przez młodzieńca z wymyślonej krainy u mędrców, którzy posiedli
kunszt czarnoksięski. Zarazem jest to opowieść realistyczna o kształtowaniu się
osobowości, dorastaniu wśród przeciwieństw, o tym, jak zapalczywa lekkomyślność
przeradza się w dojrzałość. Jest to, wreszcie, przypowieść o tym, jak – nie
czując upadlającego strachu – pogodzić się z myślą o śmierci.
„Czarnoksiężnik z
Archipelagu” to pierwsza część czterotomowego cyklu „Ziemiomorze” Ursuli K. Le
Guin, przez znawców zgodnie obwołanego arcydziełem światowej literatury
fantasy.”
“Czarnoksiężnik z Archipelagu” Wydawnictwo Prószyński i S-ka (tekst z okładki)
Przyznam się bez bicia,
przeczytał tę książkę tylko dlatego że jest lekturą. A i jeszcze nawet
przeczytałam ją już po tym, jak w szkole zaczęliśmy ją omawiać. Rok temu ją
wypożyczyłam, ale jakoś mi nie szła i nie przeczytałam jej. Teraz musiałam.
Pewnie myślicie, że jak jest magia i smoki, to mi się powinno podobać. Ostatnio
stałam się wybredna. Naprawdę. I książka była, no cóż… Jak powiem, że czytadło,
to zostanę ukamienowana, prawda?
Zaczyna się całkiem
spokojnie. wioska, niezwykły chłopiec, którego nie ma kto wychowywać. Luzik.
Okazuje się, że ma magiczną moc, uczy się, uczy się, uczy się i jeszcze raz się
uczy. W różnych miejscach, najpierw w domu, potem wędruje z Wielkim Mistrzem,
potem zaczyna naukę w szkole i uczy się, uczy się, uczy się i jeszcze raz się
uczy. Ale… niczego się nie nauczył. Jak poznajemy go na początku jako pysznego,
aroganckiego idiotę, takim jest do połowy książki. Do połowy książki to wiele
się nie dzieje. W sumie, to chyba akcja zaczyna się rozwijać dopiero na tej
setnej stronie.
No i właśnie tu pojawia
się problem, ponieważ autorka chyba leciutko przesadziła. W stu stronach
zmieściła chyba gdzieś około 3 lata. Spoko, ok, to wcale nie tak dużo,
zwłaszcza, że dużo się tam nie działo. Ale następne 130 stron to jest ile lat?
Siedem, osiem????? Szczerze to nawet nie pamiętam, bo czytałam to bardzo
po łebkach, więc jeśli się mylę, to bardzo przepraszam, ale ogólnie było to
dużo latek, a ja nadal pamiętałam naszego bohatera jako dwunastoletniego
aroganckiego idiotę. No i poznajemy bohatera gdy miał lat siedem, a książka się
kończy gdy ma on lat… Przyznam się, nie wiem. Gdzieś koło 20-23. Może to tylko
ja, ale miałam lekki problem z przestawieniem się, bo gdy przez 230 stron mija
mi około 13 lat to ja się troszkę gubię.
Napomknę jeszcze o
innych bohaterach. Są oni całkiem dobrze wprowadzeni, oryginalni, ciekawi, jednak
jak dla mnie, to czegoś im brakuje. Wolę grube tomiska, w których dla każdego
bohatera jest poświęcona przynajmniej jedna kartka, a tutaj… Nawet nie wiem,
jak wyglądał główny bohater i bardzo niewiele postaci zostało obdarzonych
konkretnym wyglądem. Oczywiście można to uznać za plus i uruchomić swoją
wyobraźnię, jednak potem powstają pewne nieporozumienia, ponieważ ja dopiero w
połowie książki dowiedziałam się, że większość osób z Archipelagu nie ma białej
skóry, a dla mnie Ged był zdecydowanie białoskóry a tu taka niespodzianka!
Jeszcze główny bohater.
Tylko trzy zdanka, obiecuję! Wkurzał mnie i to naprawdę. Wolałam go jako
aroganckiego idiotę, jakim był na początku niż jako “jaki ja jestem
nieszczęśliwy, ale sobie na to zasłużyłem, bo byłem niegrzecznym chłopcem”.
Wtedy był ciekawy i interesujący, potem zrobił się nudny.
A i jeszcze zakończenie!
Było niespodziewane i zdecydowanie beznadziejne. Ale nie chodzi mi o to, jak
się książka skończyła, tylko o to, że autorce chyba się nie chciało już pisać,
bo to takie samo sedno książki, zakończenie właściwe to zmieściła mniej więcej
w trzech zdaniach. Płynął, płynął, płynął, płynął a potem bum, trach i koniec.
Po wszystkim. Bez sensu. Jak dla mnie, to powinno zdecydowanie trwać dłużej.
Powinno być tylko jedno “płynął”, a zakończenie powinno mieć co najmniej dwie
strony =).
Ok, to jeszcze jedno. Z
upływem czasu miałam lekki problem, ale to da się przełknąć tak samo jak opisy
bohaterów, a raczej ich brak. Skupmy się ogólnie na książce. Jest ona
porównywana do “Władcy Pierścieni” Tolkiena. Może moja opinia nie jest
obiektywna, ale “Czarnoksiężnik…” nie dorasta mu do pięt. “Władca
Pierścieni”... to jest klasyka. Naprawdę. Majstersztyk. Coś niesamowitego. A ta
cieniuśka książeczka… No cóż, bez porównania. “Władca” ma o wiele bardziej
rozbudowaną fabułę, bohaterów, języki, kraje, rasy, a tutaj to ja tak naprawdę
nie wiem, jak wygląda mapa tego Ziemiomorza. Prawda, nie powinnam oceniać całej
serii po przeczytaniu pierwszego tomu, ale pierwszy tom, to jak wstęp, to jak uwertura
opery, pierwsze takty symfonii, to nie jest coś oddzielnego. To, wraz z całą
serią, tworzy całość, a niestety początek jest dość cieniutki. Owszem jest to
wspaniała powieść o zmienianiu się, walczeniu ze swoimi wadami oraz swoimi
wewnętrznymi demonami, o przyjaźni, odwadze i o tym, że pycha, zazdrość i
arogancja mogą nas zaprowadzić na manowce lub Mroczny Koniec Świata. Ale jednak
jest to czytadło do ciepłego kubka kawy, żeby usiąść przy kominku w długi
zimowy wieczór lub (bardziej na obecną porę roku) na leżaczku, przed domkiem ze
szklanką zimnej lemoniady.
Moja ocena - 4 (no bo
były smoki i to całkiem fajnie przedstawione)
Pozdrawiam
Smoczyca
Ps. Przepraszam wszystkich fanów Ursuli K. Le Guin. Nie kamienujcie mnie… Chcę jeszcze pożyć =)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz