piątek, 20 marca 2015

"Łowcy gwiazd: Pęd Planet" - prolog



PROLOG

Rok 1609
Góra Troglav

Nie oślepiło jej światło, choć w jaskini było ciemno, a wyszła na pełne słońce. Nadal widziała wszystko wyraźnie, za wyraźnie. Czuła się niesamowicie. Widziała każdy najmniejszy element otaczającego ją świata. Nie była przerażona, choć pewnie tak powinna się czuć normalna osoba na jej miejscu. Czuła się wolna. Z tej krótkiej rozmowy dowiedziała się wiele. Wiedziała, że gdzieś tam, na tym wielkim świecie, są ludzie, którzy się nią zajmą. Będzie im na niej zależeć. W końcu ją znajdą.
Nie miała zamiaru nigdzie iść. Tu było jej dobrze. Usiadła na skraju urwiska. Jaskinia była położona na półce skalnej a wokół niej rozciągała się kilkumetrowa przepaść. Rozkoszowała się słońcem. Nie wiedziała zupełnie kim jest, skąd się tu wzięła ani co ma robić, ale czuła się szczęśliwa. Mam czas. Teraz odpoczynek, a potem zastanowię się, co mam ze sobą zrobić.
Po kilku godzinach bezczynnego siedzenia, które minęły niesamowicie szybko, coś zaczęło się dziać. Wyczuła ich, zanim się pojawili na horyzoncie. Wiedziała, że przylecieli po nią. Była ich bardzo ciekawa. Zbliżali się szybko. Cała czwórka pięknym i zwinnym zwrotem znalazła się tuż przed nią. Wyglądało to jak taniec. Ruchy smoków były skoordynowane, niesamowicie zgrane w czasie i tworzyły jedną całość. Zawiśli w powietrzu. Każde z nich myślało o czym innym, a to, and czym się zastanawiali najlepiej oddaje ich charaktery.
Brunet na ogromnym niebieskim smoku zastanawiał się, jak mała się czuje. Czy jest bardzo skołowana i czy poradzi sobie z natłokiem myśli, wrażeń, bodźców i zdarzeń?
Dziewczyna na jasnozielonej smoczycy bardzo współczuła dziewczynie i chciała jej jak najszybciej wytłumaczyć, że jest już bezpieczna i że nie musi się niczym martwić, ani niczego bać. Już oni o wszystko zadbają.
Blondynka na zimnobłękitnym stworzeniu zastanawiała się, jaki kolor sukienek najbardziej by pasował do nowej. Chciała ją jak najszybciej przebrać, bo przecież nie mogła pozwolić, żeby ktoś z nich wyglądał źle.
Natomiast umięśniony blondyn siedzący na krwistoczerwonym wierzchowcu myślał tylko o jednym. O broni. Od razu przeanalizował wygląd dziewczyny i zaczął zastanawiać się, jaka broń zostanie dla niej wybrana. Oczywiście rozważał też, czy ta mała będzie silniejsza od niego, czy nie.
Dziewczynka wstała i popatrzyła na nich z uśmiechem. Nie była już sama, nie musiała się już bać. Już oni o nią zadbają.


***
Polska

Uciekała ile sił w nogach. Nie musiał się za siebie oglądać. Definitywnie gonili ją. Byli niezwykle szybcy, ale mimo to nie mogli jej złapać. Strach dodaje skrzydeł. Wiedziała, że daje im satysfakcje. Ona – szybka, dostojna, niebezpieczna, wzbudzająca przerażenie, teraz uciekała przed nimi jak zając przed wygłodniałym stadem wilków. Trafne porównanie. W końcu o to im chodziło. O pożywienie, o krew. Wbiegła do lasu. Mokra trawa pod nogami nie pomagała w zachowaniu równowagi, a tym bardziej w biegu. W świetle pełni obraz ten mógłby wywoływać zszokowanie pomieszane z przerażeniem. Biegła by tak jeszcze długo, kiedy nagle kroki za nią ścichły. Nastała cisza przerywana szelestem trawy i liści spod jej butów. Wszystko w niej mówiło „Biegnij! Nie patrz!”, ale ona zatrzymała się. Powoli odwróciła głowę. Zobaczyła to, co wzbudziło w niej rozpacz. Gorzką, czystą rozpacz. Uczucie, którego nie czuła od bardzo dawna. Znad drzew dym, czarny wierzchowiec rozbiegł się po niebie. Mimo tak ciemnej nocy, ona to widziała. Widziała i wiedziała, że Klan już przestał istnieć. To czym żyła przez ostatnie lata zniknęło tak szybko jak się pojawiło. Coś co zarówno dało jej schronienie, jak i sprowadziło na niewłaściwą drogę rozpływało się wraz z unoszącym się dymem. Łzy mimowolnie popłynęły po jej białym jak mleko policzku zostawiając lśniącą, mokrą ścieżkę. Zmęczone nogi, teraz niczym z waty ugięły się pod nią. Razem z upadkiem na kolana opuściły ją resztki sił. Wewnętrzny głos dalej wrzeszczał i namawiał ją do ucieczki, jednak tłumiła go bezradność.
Goniące ją istoty zniknęły, a na ich miejsce pojawił się ktoś inny. Człowiek w czarnym płaszczu z kapturem na głowie spokojnym krokiem szedł w jej kierunku. Głos nasilił się, jakby postać była gorsza niż poprzednie osobniki. Nogi odmawiały posłuszeństwa, a łzy zamazały obraz. Strach nie zniknął, ale jej było już wszystko obojętne. Tajemnicza osoba podeszła na tyle blisko, że mogła zobaczyć jej twarz. Był to mężczyzna o ostrych rysach, które podkreślał parodniowy zarost. Przez lewe zamknięte oko przechodziła blizna, niby przypieczętowując je. Na jego ramieniu siedziało futrzaste stworzonko wpatrując się z zaciekawieniem w osobę, przed którą stał jej pan. Mężczyzna kucnął obok, przyglądając się jej twarzy. Odwzajemniła spojrzenie pustymi oczyma, w których codzienny błysk znikł pozostawiając je zimne, martwe. „Nie patrz na niego! Wstań i uciekaj!” krzyczał głos. Ale ona nie miała ani siły, ani ochoty. Mężczyzna uśmiechnął się, jakby cieszyła go jej rozpacz.
- Zgubiliśmy się? - zapytał, głosem pełnym ironii, ostrym niczym sztylet, a z jego twarzy
nie schodził uśmiech. On wiedział. Wiedział dlaczego uciekała i przed kim. Nic nie mówiła. Jej milczenie było najlepszą odpowiedzią.
Dopiero teraz zauważyła drugą, nieco mniejszą postać, ale w takim samym płaszczu. Nie widziała jej twarzy, ale sądząc po wzroście mogła być to osoba w wieku około piętnastu, szesnastu lat. Kiedy zza chmur wyjrzał księżyc rzucając srebrne światło zauważyła, że był to młody chłopak. Miał ciemne długie włosy, lekko zadarty nos i zapadnięte policzki. Patrzył na nią z nieufnością i zaciekawieniem.
Mężczyzna wstał i odwrócił się do młodzieńca, który niczym na sygnał podała mu dziwny przedmiot. Ponownie odwrócił się do niej rzucając brutalnie trzymaną rzecz na ziemie tuż przed jej kolanami.
- Zapomniałaś czegoś.
Szmaty przez uderzenie o glebę rozwinęły się ukazując rękojeść miecza. Doskonale znała ten miecz. Głowica w kształcie czaszki wykonana z kości, lazurytowy trzon i jelec przyozdobiony stalowym greckim krzyżem, na którym widniała kolejna koścista czaszka. Tak, to był ten miecz. Ten, przez który Klan zginął. Ten, który ona sama sprowadziła i ten, który był dla niej tak ważny. Jej puste oczy nabrały nowego blasku – ulgi, a jednocześnie złości. Nie chciała patrzeć na tą broń, ale wewnętrzny głos miał inne zdanie. „Weź go. Jeszcze nieraz uratuje ci życie. Weź go i uciekaj!” kusił głos. Powoli wyciągnęła drżące ręce i podniosła miecz odsłaniając błyszczące ostrze z wygrawerowanym napisem „EternalGlory”.
Popatrzyła na mężczyznę z lekkim strachem, który zamaskował ciekawość. Ten, z kolei wyszczerzył zęby i powiedział:
 - Bractwo dla którego pracuję poszukuje ludzi takich jak ty. Możesz odmówić przyłączenia, jeśli nie chcesz i wtedy już nigdy się nie pojawimy. Twój wybór.
Wszystko w niej krzyczało „Nie słuchaj go! Uciekaj!”, ale nie miała gdzie uciekać. Podniosła się na nogi nie wypuszczając miecza, który owinęła z powrotem w szmaty. Przycisnęła przedmiot do piersi. Jedyne co jej pozostało. Mężczyzna najwyraźniej zrozumiał niemą odpowiedź, bo razem z młodzieńcem ruszył leśną ścieżką. Podążyła za nimi. Nie ufała im, ale wolała zaryzykować niż skończyć jako wampirza kolacja. Znów czuła, że nic nie wie. Zupełnie nic.

Smoczyca i Harpia (Helena Wąsik & Weronika Lis)

2 komentarze:

  1. Wow! Nieźle się rozpisałyście szacun✌Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie dziękujemy! Muszę powiedzieć, że Smoczyca zobaczywszy twój komentarz chciała ze szczęścia wyjść z siebie i stanąć obok, a ja o mało nie spadłam z krzesła :) Jeszcze raz dziękujemy i zapraszamy do czytania kolejnych rozdziałów, które wrzucimy niebawem!
      Harpia

      Usuń