czwartek, 26 marca 2015

"Łowcy Gwiazd: Pęd Planet" - Rozdział 1 cz.1

Rozdział 1 

Rok 2014

Ritę obudził irytujący dźwięk komórki. Rozchyliła powieki, aby ocenić porę dnia, jednak jej oczy zamknęły się niemal natychmiast, po kontakcie ze światłem słonecznym. Przekręciła się na drugi bok zakrywając głowę kołdrą, chcąc w ten sposób zatamować napływ dzwonka do jej uszu. Niestety nic to nie dało. Już miała wstać kiedy, telefon ucichł.
 - No nareszcie – mruknęła przytulając policzek do zimnej poduszki. Na jej nieszczęście spokój nie trwał długo. Złośliwe urządzenie odezwało się ponownie, jakby stwierdziło, że skoro ono pracuje cały dzień i noc, dziewczyna też powinna ruszyć się do własnej roboty.
Powoli zwlokła się z łóżka czując, jakby grawitacja zaczęła działać mocniej. Otworzyła nieszczęsne oczęta, aby spojrzeć na wyświetlacz. Z trudem przeczytała nazwisko osoby, która najwyraźniej nie chciała, aby biedna Rita raz w życiu się porządnie wyspała. Nacisnęła zieloną słuchawkę i przyłożywszy aparat do ucha wymamrotała ciche „słucham?”.
 - Rito kochana, powiedz mi łaskawie, ile można do ciebie dzwonić? - usłyszała dziewczyna. Czy potraficie wyobrazić sobie niepokój owcy, którą stado wilków zaprasza na kolację? Taki właśnie niepokój czuję każda osoba, która usłyszy spokojny ton niejakiej Heather McPride. Tak, wypowiedź w tym tonie jest niczym wizja końca świata, zawierająca drastyczne sceny, zaśpiewana przez grupę przedszkolaków. A jeżeli dodać do niej najmilsze i najsłodsze słówka, można z łatwością wywnioskować, że Rita sporo sobie nagrabiła u szefowej, oj sporo.
 - Zwykle za drugim razem odbieram – odpowiedziała równie spokojnie. Dopóki nie ma „Słonka”, „Skarbu”, ani co gorsza „Skarbeńka” Rita mogła jeszcze parę minut dyskutować – Mniejsza o to. Czym mogę szefowej służyć?
 - Masz nowe zadanie. Ku twojej uciesze nie jest czasochłonne. Powinno ci pójść raz dwa. Celem jest...
 - Heather, bądź człowiekiem!- przerwała – Budzisz mnie o tak barbarzyńskiej porze, tylko po to, żeby dać mi jakieś głupie zlecenie? Daj się wyspać!
 - Rita... Jest południe.
 - Dla ciebie może południe, ale dla mnie środek nocy – stwierdziła bawiąc się swoimi czarnymi kosmykami.
 - Rozumiem, w takim razie zostawiam ciebie i twoją strefę czasową, która obejmuje tylko i wyłącznie twoje mieszkanie w Węgorzewie i dam tą misję komuś, komu zależy na pracy. Może... - zrobiła pauzę, jakby się zastanawiała – Leonowi?
 - Schweinsteigerowi? - zapytała unosząc brew.
 - Tak, Schweinsteigerowi. Jeśli się nie mylę to akurat jest wol...
 - Daj mi półtorej godziny na dojazd. – rzuciła, po czym nie czekając na odpowiedź rozłączyła się.
Szybko zmieniła piżamę na swoje czarne dżinsy i kremową bluzkę na ramiączka z nadrukowaną czaszką. Na to narzuciła długi do ziemi również czarny płaszcz ze srebrnymi elementami, pod którym schowała miecz jednoręczny, którego pochwę przywiązała do pasa. Jak burza wypadła na klatkę schodową, omal nie zapominając o zamknięciu drzwi. Zbiegała przeskakując co drugi stopień. Miała nadzieje, że jeszcze zdąży na autobus. Niewiele brakowało, a miałaby nieprzyjemne spotkanie trzeciego stopnia z czarnoatramentowym BMW,  za którego kierownicą siedział mężczyzna w podeszłym wieku w okularach przeciwsłonecznych. Od razu go rozpoznała. „Ta Heather to szczwana bestia” pomyślała podchodząc do drzwi od strony pasażera, które otworzyła z rozmachem i nie tracąc prędkości wskoczyła na siedzenie.
- Dobry, Panie Mieciu! Piękny mamy dzionek, nieprawdaż?

***

Lecieli szybko i dość nisko, ale mimo to Emmy była w stanie dostrzec każdy najmniejszy kamyk leżący na ziemi północnych krańców Półwyspu Kolskiego, który właśnie patrolowali. Spodziewali się znaleźć bardzo ważny przedmiot, stosunkowo nieduży, ale musieli to zrobić przed ludźmi, ponieważ oni znowu by stwierdzili, że to jakaś stara skamielina i zamknęli by to w muzeum.
Nie żeby to przeszkadzało Emmy. O nie! Dostała zadanie: “Dostarczyć”, to dostarczy; całe, w doskonałym stanie. Albo zabrane dzikim zwierzętom, albo ludziom - wychodzi praktycznie na jedno i nie robi różnicy. Kradzież nawet z najlepiej strzeżonego muzeum byłaby trudna, ale dla kogoś takiego jak Emmy, nie trudniejsza od wejścia po schodach. Ona mogłaby nawet zdjąć koronę z głowy króla Anglii i wynieść ją z pałacu, a on ani nikt inny by tego nie zauważył.
Lecieli coraz szybciej. Dziewczyna i tak wszystko dostrzegała, a Noctis chciał znaleźć się jak najszybciej w domu.
Mam. - pomyślała i pokazała mu zapamiętany obraz. Smok nie zatrzymał się gwałtownie, lecz skręcił delikatnie w prawo i okrążając miejsce, w którym mieli wylądować wielkim kołem zaczął spiralnie opadać.
Ze znaną tylko sobie gracją wylądował na pokrytą śniegiem polanę. Emmy, nie zważając na to, że odkryta przestrzeń, na której wylądowali, była pokryta grubą warstwą śniegu, a ona miała na nogach trampki z cienkiego, szarego materiału, zeskoczyła z grzbietu Noctisa i śmignęła do linii małej grupki karłowatych drzew. Jej towarzysz pobiegł za nią, sprawdzając przy okazji, czy nikt ich nie widzi.
Zamknęła oczy. Zdała się na węch, intuicję i ten szósty zmysł Opiekunów, który potrafił wyczuć smoki, także te niewyklute. Pozwoliła, żeby jakaś niewidzialna moc nią kierowała.
Podziałało, zresztą, jak zwykle. Stała przed norą. Uklękła. Gdy włożyła do niej rękę smok warknął ostrzegawczo.
 - Spokojnie, to tylko moja ręka. - powiedziała z uśmiechem Emmy.
 - Nie lubię, kiedy jakakolwiek część twojego ciała wystawia się na niebezpieczeństwo. - odpowiedział Noctis.
 - Oj, daj spokój. Najwyżej będę bezręka.
Dziura była głęboka, ale po krótkiej chwili Emmy szepnęła: “Znalazłam”. Powoli, bardzo powoli wyciągnęła coś białego, owalnego, ciężkiego. Coś, co emanowało niezwykłym światłem, przyciągało. Uśmiechnęła się. Mimo iż przedmiot był wielkości zwykłego szkolnego plecaka, ważył bardzo dużo, jednak ona trzymała go w jednej ręce bez najmniejszego wysiłku. Wyjęła go delikatnie i położyła na kolanach. Był bardzo twardy, błyszczący, pokryty jakby diamentową osłonką.
Powoli zdjęła ze swojej szyi jedwabną apaszkę, która była specjalnie przygotowana w celu zabezpieczenia jaja, po które przylecieli. Nie zważała na to, że wokół panował mróz, z ona ubrana była w czarne, cienkie jeansy, lekkie trampki i czarną, dopasowaną bluzkę, która nie dawała wiele ciepła. Nie odczuwała zimna, nie przeszkadzało jej ono.
Zawinęła jajo w jedwab i podniosła, uważając, aby przypadkiem go nie upuścić.
 - I tak byłabyś w stanie je złapać. - smok krótko skwitował jej niezwykłe skupienie.
 - Tak, ale wiesz, że mogłaby to być dla niego wstrząsem. Zresztą, pewnie masz rację. - odpowiedziała, uśmiechając się szeroko.
Szybkim ruchem, wyćwiczonym przez setki lat, wskoczyła na grzbiet towarzysza trzymając zawiniątko wciąż w jednej pozycji. On zrobił dwa długie skoki, a za trzecim poderwał się do lotu.
Tym razem chodziło im o to, aby bezpiecznie dolecieć do domu, więc wzbili się bardzo wysoko, tak wysoko, że z ziemi byli zupełnie niewidoczni i lecieli równomiernie, spokojnie, wolno.
Gdy minęli rozkrzyczane Glasgow, Noctis zaczął obniżać lot. Tak jak zwykle, dokładnie w tym samym momencie, nad tymi samymi drzewami lasu, który tutaj rósł dość gęsto oraz przez który prowadziła tylko jedna droga, wykonał zwrot i zaczął opadać w dół. Robili to tysiące, jeśli nie miliony razy. Jeśliby ktoś przyglądał się temu z ziemi pomyślałby, że to jakiś ptak drapieżny właśnie wypatrzył swoją ofiarę. Gdy znaleźli się na takiej wysokości, że ich sylwetki stały się naprawdę wyraźne smok gwałtownie zanurkował i błyskawicznie schował się przed wzrokiem gapiów za 2,5 metrowy murem, który otaczał posiadłość Opiekunów. Mimo ogromnej prędkości z jaką leciał wylądował miękko i spokojnie na wspaniałym, idealnie przystrzyżonym trawniku. Pokrywał on przestrzeń między pałacem, bo chyba tak trzeba nazwać ten ogromny, średniowieczny dom, który znajdował się za prastarym murem, a licznymi zabudowaniami, które znajdowały się wokół niego.
Emmy szybko zeskoczyła z grzbietu Noctisa i poszła w stronę pałacu. Smok podreptał za nią. Wspięli się na gigantyczne schody prowadzące na staromodny ganek z kolumienkami i otworzyli połowę ciężkich, monumentalnych drzwi. Zawsze były one otwarte, ponieważ nawet jeśli nie były widoczne, to jakieś smoki zawsze pilnowały tego, żeby żaden nieproszony gość nie wszedł do domu bez odpowiedniej zapowiedzi.
Weszli do domu i zatrzasnęła je za sobą (Emma nigdy nie bawiła się w zamykanie ich przy użyciu złotej, wypolerowanej klamki, nudziło ją to i twierdziła, że to działanie bezcelowe). Przeszli przez ogromny ganek, minęli szerokie schody - takie jak te, po których królewny schodziły na zamkach pojawiając się na balu i weszli w jedyny korytarz na tym piętrze. Minęli jadalnie, która często robiła za biuro pracy, połączoną z kuchnią, salon z pięknym, starym fortepianem, siłownię, basen, salę gimnastyczną, strzelnicę, aż w końcu doszli do końca korytarza. Nie kończył się ani ścianą, ani pokojem, lecz drzwiami. Takimi samymi, jak te wejściowe - ciężkie, potężne, przytłaczające. Emmy, jakby nie zwracając na to uwagi, bo tak naprawdę, czas kiedy one ją przerażały już dawno minął. Otworzyła je bez najmniejszego problemu.
Weszli do najpiękniejszego pomieszczenia w tym domu. Było ogromne, bardzo jasne i kolorowe. Nie było w nim okien ani lamp, ale cały sufit świecił się tak jakby był sam jedną wielką żarówką. Na podłodze i w ścianach leżały przykryte szklanymi kloszami smocze jaja. Różne w różnych warunkach. Jedne leżały na jedwabnych poduszeczkach z utrzymywaną temperaturą pokojową, inne na kamieniach z temperaturą -20 stopni Celsjusza,a jeszcze inne leżały w ogniu. Różne gatunki potrzebowały różnych warunków, a tutaj każde jajo miało je zapewnione bez najmniejszej szansy na to, że jakikolwiek człowiek je zobaczy. Pomiędzy nimi krzyżowały się i wiodły poskręcane ścieżki wyłożone miękką wykładziną.
Emmy weszła zdecydowanym krokiem. Doskonale wiedziała, gdzie chce dojść i tam po prostu szła. Prosto, potem w prawo, w lewo, znowu w prawo, obrót o 90 stopni i dojść do ściany. Znaleźć pierwszą wolną niszę, otworzyć, odłożyć delikatnie jajo. I w tym momencie Emmy zawsze się zatrzymywała. Zanim zamknął oszkloną niszę zawsze najpierw po prostu przekazywała niewyklutemu smoczkowi swoją miłość, troskę i to, że o nim myśli i nigdy nie będzie musiał się niczego bać. Oni go ochronią. Noctis trącił ją ramieniem
 - Choć już. Jestem głodny, a nie chcę cię tu zostawiać, bo jeśli nie wyjdziesz ze mną to wyjdziesz za parę godzin, a musisz odpocząć. - pomyślał z troską o swojej najdroższej przyjaciółce.
 - Już idę. Masz rację. - odpowiedziała -  To był długi ranek. - ruszyli w stronę wyjścia.
Smoczyca & Harpia 
(Helena Wąsik & Weronika Lis)

1 komentarz: