piątek, 12 czerwca 2015

To już koniec?!?!?!?! Wielkie zdziwienie… Recenzja książki “Czarnoksiężnik z Archipelagu” Ursuli K. Le Guin

“Opowieść o naukach pobieranych przez młodzieńca z wymyślonej krainy u mędrców, którzy posiedli kunszt czarnoksięski. Zarazem jest to opowieść realistyczna o kształtowaniu się osobowości, dorastaniu wśród przeciwieństw, o tym, jak zapalczywa lekkomyślność przeradza się w dojrzałość. Jest to, wreszcie, przypowieść o tym, jak – nie czując upadlającego strachu – pogodzić się z myślą o śmierci.
„Czarnoksiężnik z Archipelagu” to pierwsza część czterotomowego cyklu „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin, przez znawców zgodnie obwołanego arcydziełem światowej literatury fantasy.”
“Czarnoksiężnik z Archipelagu” Wydawnictwo Prószyński i S-ka  (tekst z okładki)


Przyznam się bez bicia, przeczytał tę książkę tylko dlatego że jest lekturą. A i jeszcze nawet przeczytałam ją już po tym, jak w szkole zaczęliśmy ją omawiać. Rok temu ją wypożyczyłam, ale jakoś mi nie szła i nie przeczytałam jej. Teraz musiałam. Pewnie myślicie, że jak jest magia i smoki, to mi się powinno podobać. Ostatnio stałam się wybredna. Naprawdę. I książka była, no cóż… Jak powiem, że czytadło, to zostanę ukamienowana, prawda?

Zaczyna się całkiem spokojnie. wioska, niezwykły chłopiec, którego nie ma kto wychowywać. Luzik. Okazuje się, że ma magiczną moc, uczy się, uczy się, uczy się i jeszcze raz się uczy. W różnych miejscach, najpierw w domu, potem wędruje z Wielkim Mistrzem, potem zaczyna naukę w szkole i uczy się, uczy się, uczy się i jeszcze raz się uczy. Ale… niczego się nie nauczył. Jak poznajemy go na początku jako pysznego, aroganckiego idiotę, takim jest do połowy książki. Do połowy książki to wiele się nie dzieje. W sumie, to chyba akcja zaczyna się rozwijać dopiero na tej setnej stronie.

No i właśnie tu pojawia się problem, ponieważ autorka chyba leciutko przesadziła. W stu stronach zmieściła chyba gdzieś około 3 lata. Spoko, ok, to wcale nie tak dużo, zwłaszcza, że dużo się tam nie działo. Ale następne 130 stron to jest ile lat? Siedem, osiem?????  Szczerze to nawet nie pamiętam, bo czytałam to bardzo po łebkach, więc jeśli się mylę, to bardzo przepraszam, ale ogólnie było to dużo latek, a ja nadal pamiętałam naszego bohatera jako dwunastoletniego aroganckiego idiotę. No i poznajemy bohatera gdy miał lat siedem, a książka się kończy gdy ma on lat… Przyznam się, nie wiem. Gdzieś koło 20-23. Może to tylko ja, ale miałam lekki problem z przestawieniem się, bo gdy przez 230 stron mija mi około 13 lat to ja się troszkę gubię.

Napomknę jeszcze o innych bohaterach. Są oni całkiem dobrze wprowadzeni, oryginalni, ciekawi, jednak jak dla mnie, to czegoś im brakuje. Wolę grube tomiska, w których dla każdego bohatera jest poświęcona przynajmniej jedna kartka, a tutaj… Nawet nie wiem, jak wyglądał główny bohater i bardzo niewiele postaci zostało obdarzonych konkretnym wyglądem. Oczywiście można to uznać za plus i uruchomić swoją wyobraźnię, jednak potem powstają pewne nieporozumienia, ponieważ ja dopiero w połowie książki dowiedziałam się, że większość osób z Archipelagu nie ma białej skóry, a dla mnie Ged był zdecydowanie białoskóry a tu taka niespodzianka!

Jeszcze główny bohater. Tylko trzy zdanka, obiecuję! Wkurzał mnie i to naprawdę. Wolałam go jako aroganckiego idiotę, jakim był na początku niż jako “jaki ja jestem nieszczęśliwy, ale sobie na to zasłużyłem, bo byłem niegrzecznym chłopcem”. Wtedy był ciekawy i interesujący, potem zrobił się nudny.

A i jeszcze zakończenie! Było niespodziewane i zdecydowanie beznadziejne. Ale nie chodzi mi o to, jak się książka skończyła, tylko o to, że autorce chyba się nie chciało już pisać, bo to takie samo sedno książki, zakończenie właściwe to zmieściła mniej więcej w trzech zdaniach. Płynął, płynął, płynął, płynął a potem bum, trach i koniec. Po wszystkim. Bez sensu. Jak dla mnie, to powinno zdecydowanie trwać dłużej. Powinno być tylko jedno “płynął”, a zakończenie powinno mieć co najmniej dwie strony =).

Ok, to jeszcze jedno. Z upływem czasu miałam lekki problem, ale to da się przełknąć tak samo jak opisy bohaterów, a raczej ich brak. Skupmy się ogólnie na książce. Jest ona porównywana do “Władcy Pierścieni” Tolkiena. Może moja opinia nie jest obiektywna, ale “Czarnoksiężnik…” nie dorasta mu do pięt. “Władca Pierścieni”... to jest klasyka. Naprawdę. Majstersztyk. Coś niesamowitego. A ta cieniuśka książeczka… No cóż, bez porównania. “Władca” ma o wiele bardziej rozbudowaną fabułę, bohaterów, języki, kraje, rasy, a tutaj to ja tak naprawdę nie wiem, jak wygląda mapa tego Ziemiomorza. Prawda, nie powinnam oceniać całej serii po przeczytaniu pierwszego tomu, ale pierwszy tom, to jak wstęp, to jak uwertura opery, pierwsze takty symfonii, to nie jest coś oddzielnego. To, wraz z całą serią, tworzy całość, a niestety początek jest dość cieniutki. Owszem jest to wspaniała powieść o zmienianiu się, walczeniu ze swoimi wadami oraz swoimi wewnętrznymi demonami, o przyjaźni, odwadze i o tym, że pycha, zazdrość i arogancja mogą nas zaprowadzić na manowce lub Mroczny Koniec Świata. Ale jednak jest to czytadło do ciepłego kubka kawy, żeby usiąść przy kominku w długi zimowy wieczór lub (bardziej na obecną porę roku) na leżaczku, przed domkiem ze szklanką zimnej lemoniady.

Moja ocena - 4 (no bo były smoki i to całkiem fajnie przedstawione)

Pozdrawiam
Smoczyca


Ps. Przepraszam wszystkich fanów Ursuli K. Le Guin. Nie kamienujcie mnie… Chcę jeszcze pożyć =)

piątek, 5 czerwca 2015

Poradnik “Jak stworzyć beznadziejną główną bohaterkę?” czyli recenzja książki “Dziedziczka smoka: Testament Thubana” Troisi Licia

“Pierwszy tom nowej trylogii autorki bestsellerowych „Wojen Świata Wynurzonego”.

Bohaterką powieści jest 13-letnia wychowanka domu dziecka, która dowiaduje się, że nosi w sobie geny potężnego smoka, Thubana. Adoptowana przez tajemniczego profesora, dziewczynka musi podjąć dzieło swego przodka i stoczyć walkę z jego odwiecznym wrogiem, Nidhoggrem, Strażnikiem Ciemności, który zagraża królestwu natury.”
“Dziedziczka smoka: Testament Thubana” Wydawnictwo Videograf II  (tekst z okładki)

Dwa tygodnie sprawdzianów, potem dwa tygodnie wyjazdów, następnie dwa tygodnie choroby… Człowiek może mieć już dość nie mania czasu na przeczytanie książki, a muszę przyznać, że czeka na mnie długa lista. No więc zdecydowałam się na reszcie coś przeczytać i wzięłam do ręki “Dziedziczkę”. Książkę pożyczyła i poleciła mi moja koleżanka ze szkoły (lubię takich ludzi. Mówią, że: “książka jest świetna! Musisz ją przeczytać!” a jak pytasz czy ją mają, to nie odsyłają cię do biblioteki, gdzie mówią, że o takiej książce nigdy nie słyszeli. Moja kochana Oleńka poszła do domu i na drugi dzień przyniosła mi dwa pierwsze tomy =)). Czekała prawie dwa miesiące, aż znajdę na nią czas, ale kiedy już byłam zmęczona życiem, zabrałam się za nią. No i siadam do tej książki z takim przeświadczeniem “trzy godzinki super lektury!”, bo książka jest stosunkowo krótka, ma chyba tylko coś niewiele ponad 300 stron i… CZEGO JA SIĘ SPODZIEWAŁAM?!?!?!?!?! NO NAPRAWDĘ…. CZEGO JA SIĘ SPODZIEWAŁAM?!?!?!?!?!?

Zaczyna się spoko. Tajemnicze miasto, latanie, smoki, itp., itd., etc. Potem poznajemy główną bohaterkę i też jest spoko. Taka biedna mała dziewczynka, bez rodziców, w sierocińcu, nie lubiana przez nikogo, nierozumiana, samotna a do tego wszystkiego jeszcze marzycielka. Całkiem spoko. Zapowiada się ciekawie. Ale uwierzcie mi, ma ona jeszcze jedną wadę. Może jej jedyną, ale za to bardzo irytującą. A mianowicie totalny brak pewności siebie. Jej ulubione myśli, to: “Jaka ja jestem beznadziejna. Nikt mnie nie kocha. Nikt mnie nie chce. Jestem do niczego. Wszystko co dzieje się złego na świecie to moja wina. To ja wywołałam wszystkie wojny świata, nawet jeśli mnie jeszcze wtedy na świecie nie było”. No mniej więcej tak. Ale gdyby to było jednorazowo, dopóki ukochany profesorek (później do niego wrócę) nie “uwalnia” jej z sierocińca. Ona dowiaduje się, że jest super ekstra “smoczą córką” i nagle po prostu zaczyna wierzyć w siebie. Wiecie co? Pierwszy raz nie obraziłabym się na autorkę za przewidywalność. Bo o wiele fajniejsza książka by była, gdyby ona zyskała tą pewność siebie i (ojoj, przepraszam, zapomniałam o tym wcześniej napisać) pozbyła się lęku wysokości! Tak, dokładnie!!!! Nie przewidzieliście się!!! “Córka smoka”, która ma lęk wysokości. Autorka już bardziej nie mogła swojej bohaterki skrzywdzić. Jeśli w niektórych książkach im większego główny bohater ma pecha, tym książka jest fajniejsza, to w tym ta reguła się ZUPEŁNIE nie sprawdza. Gdyby tylko miała pecha i była totalną nieudacznicą - ok. Nie ma sprawy. Ale ileż można słuchać o tym, jaka Sofia jest beznadziejna. I gdyby to mówił ktoś inny poza nią. A ona w kółko: “ Jaka ja jestem zła, niedobra, okropna, to wszystko moja wina!”. KOSZMAR!!!!!!!! Człowiek w końcu zaczyna w to wierzyć, jeśli tyle razy główna bohaterka nam to powtarza.

No, ale ja piszę tylko o głównej bohaterce, a przecież są jeszcze inni, nie tak beznadziejni ludzie w tej książce.
 - profesorek - super ekstra postać, choć nie obraziłabym, gdyby była troszkę bardziej rozbudowana.
 - Lidka - zupełne przeciwieństwo Sofii. Też “córka smoka”, ale to jest dziewczyna z charakterkiem i tak jak mnie irytowało ją gadanie Sofii. Kurde! Sofia miała w sobie geny NAJPOTĘŻNIEJSZEGO smoka, a to Lidka walczyła od  niej sto razy lepiej! Coś tu nie halo… Ale lubiłam Lidkę, bo jako jedyna nagadała Sofii, no i cóż, nareszcie ktoś jej powiedział prawdę, a ona przez to wpakowała ich wszystkich w TAAAAAAKIE kłopoty. Jak pech, to pech.
Nie chce mi się roznosić nad resztą bohaterów, pochylę się tylko jeszcze nad istotami nadnaturalnymi:
 - smoki - poznajemy dwa, no i chyba nie jestem zawiedziona. No cóż, trochę nie tak to sobie wyobrażałam, ale… Może w dalszych tomach będzie smoków trochę więcej.
 - ten, jak mu tam, którego imienia nie da się przeczytać - Nidhoggr - no cóż, główna bohaterka byłaby lepszym czarnym charakterem. “Wielka mścicielka, która niszczy wszystko na swojej drodze, dlatego, że uważa iż jest beznadziejna i obwinia za to świat”. To byłoby lepsze niż ten “Strażnik Ciemności” od siedmiu boleści, uwięziony pod jeziorkiem i chcący zniszczyć świat, nawet nie wiem dlaczego.

No, ale ogólnie rzecz biorą fabuła jest nawet spoko, troszkę przewidywalna, bohaterowie nawet spoko, troszkę okrojeni i wszystko byłoby “nawet spoko”, gdyby nie główna bohaterka, która swoim gadaniem niszczy całą książkę.
Mam drugą część na półce i czeka, czeka i czeka. I sobie poczeka. Pół roku, kiedy już zapomnę, dlaczego pierwsza część mi się tak nie podobała =).

Moja ocena - 3,5  (przepraszam, wszystkich fanów tej książki oraz inne postacie z tej powieści, ale ta główna bohaterka była naprawdę IRYTUJĄCA)

Pozdrawiam

Smoczyca

"Łowcy Gwiazd: Pęd Planet" - Rozdział 3 cz.1

Rozdział 3

 - To powiesz mi, co ci jest? - zapytała Emmy podlatując bliżej swojego milczącego i wyraźniej jeszcze zdenerwowanego towarzysza. - Dlaczego tak szybko stamtąd odlecieliśmy? Ta dziewczyna była interesująca. - narzekała.
Raczej przerażająca. Psychopatka. - mruknął Noctis, rozmawiając jednocześnie i z Emmy, i z Peterem oraz Vizeri, która była jak zwykle spokojna i nie komentowała dziwnego spotkania.
 - Nie, nie i jeszcze raz nie! - odpowiedział wściekły chłopak. - Nie chcę i nie będę z tobą o tym rozmawiał. Powinnaś się cieszyć, że cię stamtąd zabrałem. Ta dziewczyna jest bardziej niebezpieczna, niż ci się wydaje. - zakończył ze złością. Nie rozumiał, dlaczego ta upierdliwa mała cały czas uważa, że dziewczyna z polany to idealna partnerka do długich rozmów i zwierzeń.
 Nie przemówisz jej do rozumu. - powiedział do Petera Noctis. Ona jest zdecydowanie za młoda i zdecydowanie za mało przejmuje się otoczeniem.
Młoda to ona nie jest. - odpowiedział chłopak, któremu humor poprawił się odrobinę. Trochę się bał, że smok Emmy stanie po jej stronie, ale widocznie on też nie polubił nieznajomej.
 - No skończcie już mnie obgadywać. - powiedziała zirytowana Emmy, która bardzo nie lubiła, kiedy jej smok i przybrany ojciec rozmawiali o niej, nie dając jej podsłuchiwać.
 - Nie obgadujemy cię, tylko próbujemy znaleźć sposób na to, żebyś przestała zadawać pytania.
To jest niemożliwe. Jak ona przestanie pytać, to będzie znak, że coś jest z nią nie tak. - dołączyła się do rozmowy Vizeri.
 - Wiesz, co? Mam pomysł. - powiedziała trochę tajemniczo Emmy. - Jak mnie prześcigniecie i pierwsi znajdziecie się u nas, to wysprzątam cały dom. Ale jak ja wygram, to nie ponoszę żadnych konsekwencji za rozwalenie jadalni i przede wszystkim, odpowiadasz na wszystkie moja pytania. Co wy na to? - zakończyła swoją propozycję pytaniem lecąc w tym momencie nad Vizeri głową w dół i patrząc na Petera z szelmowskim uśmiechem.
 - Nie ma mowy. Przecież ja mógłbym się już teraz poddać. Noctisa nikt nie wyprzedzi. - brunet zdecydowanie odmówił i uśmiechnął się na myśl, jak Emmy szybko zmieniła temat. Liczył, że sprawa jej spotkania z dziwną dziewczyną na polanie szybko odejdzie w niepamięć. Niestety, przeliczył się.
 - No to skoro się nie ścigamy, to opowiesz mi, dlaczego tak nie lubisz Rity? - zadała znów uciążliwe pytanie. Peter obrzucił ją wściekłym spojrzeniem i Emmy do końca drogi do domu nie odezwała się ani słowem.
Po wylądowaniu przed ogromnym domem czekał ją komitet powitalny. Tylko, że tym razem zdecydowanie nie miało to być miłe powitanie. Jack spojrzał na nią z wrednym uśmieszkiem i powiedział:
 - Tym razem to Kate da ci popalić. Wiesz jak się wkurzyła za ten stół. To był jej ulubiony.
 - Nikt nie będzie niczego palić. - powiedział Peter zsiadając ze smoczycy. - Jack, Sarah, idźcie posprzątać jadalnie, Emmy ty idź na górę się porządnie wyspać. Ja muszę porozmawiać z Kate.
 Jack i Sarah popatrzyli na niego z niedowierzaniem, ale widząc, że mówi poważnie potulnie poszli sprzątać po swojej przyjaciółce, która niechętnie powlokła się na górę. Była bardzo ciekawa, dlaczego Peter chciał tak koniecznie porozmawiać z Kate i dlaczego upiekło się jej za bałagan, jaki zrobiła. Miała przeczucie, że spotkanie z  Ritą miało coś z tym wspólnego i już szykowała się do długiej rozmowy z Vizeri. Ona na pewno wszystko jej opowie. Tylko najpierw Emmy musi się porządnie wyspać. Wreszcie dowlokła się do swojego pokoju, wzięła szybki prysznic, przebrała się w pidżamę i rzuciła się na łóżko. Zasnęła od razu.


Smoczyca (Helena Wąsik) & Harpia (Weronika Lis)