poniedziałek, 29 lutego 2016

Skoku, skoku po obłoku, czyli recenzja filmu "Jumper"

Witamy! Musicie przeżyć, że dziś znowu nasza Gadzina was męczy, ale wszyscy pozostali zapracowani. Dziś tak dla odmiany uraczy was ona recenzją filmu.
Pozdrawiamy!


„Jumper”

reżyseria: Doug Liman
scenariusz: David S. Goyer, Jim Uhls, Simon Kinberg



„Film opowiada o nastoletnim Davidzie Risie, który odkrywa, że posiada zdolność teleportacji. (..) Wykorzystując odkrytą umiejętność, pozoruje śmierć, opuszcza ojca i rozpoczyna nowe życie, rozpoczynając realizację swoich marzeń.



No cóż… Mogłabym dodać więcej opisu tego filmu, ale stwierdziłam, że wtedy ja już nic nie będę mogła na ten temat powiedzieć.
„Jumper” to opowieść o chłopaku, który odkrywa, że umie się teleportować. To mi się podoba! Sam pomysł na film naprawdę mi się podoba. Ale jako że nie może być zbyt pięknie, film z obiecującego dzieła staje się… czymś.
Fabuła jest na wskroś przewidująca, jak w każdym amerykańskim, komercyjnym filmie sensacyjnym. Napakowany jest on efektami specjalnymi (no nie są najgorsze, ale czemu tak dużo?). Akcja szybko się rozwija, dla mnie nawet za szybko. Jeszcze nie zdążysz sobie przyswoić jednego faktu, a już dostajesz ich kolejnych dziesięć. Twórcy chyba za dużo chcieli pokazać, w tak krótkim czasie. No i przede wszystkim: dla mnie w pewnym momencie to przestał być film s-f, a stała się to komedia romantyczna.
Romantyzmem ten film wręcz OCIEKA. Chłopak po prostu staje na głowie i robi ogromną ilość głupot dla dziewczyny, która jest jego pierwszą miłością, jeszcze z czasów liceum. No ale wiecie, o miłości się nie dyskutuje, ona w każdym filmie MUSI być. Przecież nie może być dobrego filmu bez miłości (wywraca oczami i wzdycha)…
Jakoś tak zaczęłam od użalania się nad fabułą. Nie wiem, to mnie po prostu najbardziej razi w oczy.
Boli też fakt, że twórcy wyraźnie poszli na łatwiznę. Wiele wątku jest zaczętych, prawie żaden nie skończony (oprócz oczywiście miłości głównego bohatera). Jest sobie chłopak, umie się teleportować. Niby dowiadujemy się, jakie są jego losy, ale skąd ma moc, dlaczego on, na czym dokładnie ona polega? Czy to magia czy może czysta fizyka? Nic, zero odpowiedzi. Bo to nie ważne przecież. Ważne, że główny bohater „ma tę moc” („Mam tę moc, mam tę mooooc! Rozpalę to co się tli!”) i ratuje ukochaną oraz świat, i w ogóle. A wróć, on nie ratuje świata. Bo to on jest „ten zły”. Znaczy w teorii. Bo w praktyce to oczywiście wszyscy skoczkowie są niesprawiedliwie ścigani i zabijani przez Paladynów.
No i tu mam kolejny sęk. Paladyn to według definicji ci dobrzy, doskonali rycerze. Wiecie, cnoty i te sprawy. To niech ktoś mi wytłumaczy, po co ci „Paladyni” zabijają w sposób brutalny Bogu ducha winnych skoczków? No tak, to chyba bez sensu.
To jeszcze krótki przegląd bohaterów.
 - David – jeden z najbardziej nieudolnych głównych bohaterów amerykańskich filmów sensacyjnych. Przez połowę tej produkcji dosłownie siedziałam i waliłam głową w biurko. Bo on naprawdę był idiotą i głupkiem, a to wszystko, co on posiadał (łącznie z umiejętnościami), to można było wykorzystać 100000 razy lepiej! I się przy tym nie dać złapać ani namierzyć! No tak, ale jakby się nie dał, to by filmu nie było…
Dobra, psioczę na niego, ale ma jeden, jedyny plus. A mianowicie (aż wstyd się przyznać XD), ale no cóż. Haydnowi Christensenowi można wiele zarzucić, ale nie to, że jest brzydki. Powiem więcej: on jest BARDZO PRZYSTOJNY. No dobra, koniec nastolatkowania… Bo grał beznadziejnie XD. Tak… nijako.
 - Griffin - …… nie wiem, co o nim napisać. Nie zdążyłam go znielubić, nie zdążyłam go polubić. Niby drugi główny bohater, a był tak krótko jakoś i tak mało.
 - Roland – taaaa i to imię. Humor twórców po prostu nieziemski.  Ironia - niby wielki dobrodziej rodzaju ludzkiego i imiennik jednego z najcnotliwszych ryczerzy literatury, a tu proszę bardzo. Mordestwa, tortury. Rozszalał nam sie Roland, rozszalał. I rozbestwił. Wkurza mnie jedynie to, że tak dobry aktor, zagrał w filmie o tak niskim poziomie.
Darujcie mi, że o głównej bohaterce nic nie powiem. To typowa zakochana niedorajda życiowa, która raz kocha „pomimo wszystko”, a zaraz "chcę kochać, ale on jest beee”.

Podsumowując: Film jest marny, prosty, przewidywalny i lekki. Idealny na wieczór, po bardzo męczącym dniu, żeby sobie usiąść przed telewizorem z zimną colą w ręku i pośmiać z głupoty ludzi.
  


Moja ocena: …. 3? No może 3,5 (za to, że było na kim oko zawiesić =P)



Smoczyca

niedziela, 28 lutego 2016

Z dna smoczej szuflady - "Jedno cięcie"

Hej! Dziś uraczymy was kolejnym drabblem naszego Gada. Mamy nadzieję, że przypadnie wam do gustu =).
Pozdrawiamy



"Jedno cięcie"

  Precyzja. Spokój. Oddychała głęboko, żeby nie popełnić najmniejszego błędu. Miała tylko jedną szansę, aby go równo rozciąć. Jej ręka zadrżała. Przestała na chwilę i zacisnęła mocniej rękę na nożu. Nie mogła zrobić tego źle. Chciała, żeby wszystko było zrobione z chirurgiczną dokładnością.
- No przecież studiujesz medycynę! – mruknęła do siebie. – Rozetniesz go i po krzyku.
  Skupiła się i przesunęła nóż do końca. Był na tyle ostry, że wystarczyło tylko jedno cięcie. Delikatnie odchyliła obie połówki. Wszystko pod spodem wydawało się nietknięte. Wzdrygnęła się, gdy usłyszała uwagę:
 - Czy ty chcesz mi pociąć koc? Kto to słyszał przecinać papier na łóżku?!



Smoczyca

sobota, 27 lutego 2016

Z dna smoczej szuflady

Witamy! Naprawdę musimy poćwiczyć nad regularnością. Jak na razie regularnie nie dodajemy postów regularnie XD.
Dziś zostawiamy was z drabblem, ale tym razem w wykonaniu naszego Gada.
A więc enjoy!



Patrzyła na niego z przerażeniem w oczach. Mimo iż znała go tak krótko, bardzo go polubiła. Był taki żywy, nawet wydawał się szczęśliwy. Przynajmniej na tle swoich ledwo ruszających się braci. A teraz? Leżał przed nią, szamocąc się na wszystkie strony. Starał się wyrwać z rąk jej ojca, ten jednak nie pozwalał mu uciec. Uniósł szeroki nóż. Zacisnęła oczy, odwróciła wzrok.  Nie chciała patrzeć, jak jej własny tata go zabija. Usłyszała szczęk kości. Wiedziała, że już po wszystkim. Po jej policzkach popłynęły łzy. Podeszła do niej mama i powiedziała z uśmiechem:
 - Kochanie, przecież sama chciałaś dzisiaj na obiad rybę.


Smoczyca

czwartek, 25 lutego 2016

Opowiadanie złośliwego pióra - Turniej Złodziejski (część II)

Hej. Coś kiepsko nam idzie z tą regularnością =P. Postaramy się to poprawić, a dziś zostawiamy was z kontynuacją opowiadania naszej Harpii.
A więc enjoy!




"Turniej złodziejski"
część II

Bar był obskurny i przepełniony różnorodnymi postaciami. Byli to głównie mężczyźni. Oprócz mnie jedyną kobietą była barmanka. Zaciągnęłam mocniej czarny kaptur, tak, aby nikt nie widział mojej twarzy. Siedzę tu już od paru minut i nic się nie dzieje. Zmierzch powoli się kończy. Rozejrzałam się dookoła. Sporo osób ma taki sam mieszek jak ja. Trzymają je wyciągnięte. Czy te tumany myślą, że ktoś podejdzie do nich z kuflem miodu pitnego i powie „Witamy, to tutaj”?! Prychnęłam niemal nie słyszalnie. Nie mogłam wyjąć swojego mieszka. To zbyt niebezpieczne. Przyjrzałam się więc ich własności. Na każdym był taki sam znak – półkole i przechodząca przez nie linia. Co to miało przedstawiać? Łuk? Jeśli tak, to dlaczego nie ma cięciwy?
Rozejrzałam się po sali. Nic ciekawego. Wszystkie meble wykonane z drewna, niemal gołe ściany, duszno i pełno ludzi. Normalny bar. Nagle moją uwagę przykuł stary, zniszczony gobelin. Oko speca od razu wychwyciło okazje. Co taka perełka robi w tym odrażającym miejscu?! I to jeszcze tak zaniedbana! Mogłabym wyciągnąć za nią niezłą sumkę! Popatrzyłam dokładniej na materiał. Czarnoczerwony feniks śpiewał w swoim gnieździe, jednocześnie obserwując wybuchy jajek, z których powstawały małe pisklaki. Pod gobelinem siedział jakiś pijaczyna sączący leniwie miód pitny. Podeszłam do jego stolika i usiadłam naprzeciwko. Nachyliłam się i szepnęłam:
- Zaproszono mnie.
Pijaczyna spojrzał na mnie przelotnie, po czym niemal niesłyszalnie odszepnął:
- Po schodach i trzecie drzwi na lewo.
Powoli, upewniając się, że nikt mnie nie obserwuję ruszyłam za jego wskazówkami. Kiedy dotarłam do wyznaczonych drzwi, zauważyłam strzegącego ich starca oraz postawnego mężczyznę, który okazywał dowód uczestnictwa.
- Trzymaj – warknął niemal agresywnie i wepchnął strażnikowi pękaty, nienaruszony mieszek. Starzec obejrzał go ze wszystkich stron, otworzył i westchnął.
 - Zapraszam do drzwi naprzeciwko.
 - Co? A nie miały być „drzwi na lewo”?
 - Ten pijaczyna zawsze się myli. Idź już, nie mam na ciebie czasu!
Kiedy tylko mężczyzna zniknął, podeszłam do strażnika i bez słowa podałam mu sakiewkę. Ten zbadał ją dokładnie, po czym z niemal pustego wnętrza wyjął jedyną jej zawartość – liścik. Pokiwał głową i zrobił krok w bok zapraszając mnie do wejścia – tego na lewo.
 - „Pijaczyna zawsze się myli”, co? - szepnęłam na odchodne, co u starca wywołało tylko nikły, wredny uśmieszek. 
Pomieszczenie śmierdziało gorzej niż cały bar. W środku nie prezentowało się szczególnie – w centrum stół z trzema krzesłami, a pod ścianami stały rzędy skrzyń. Stęchłe powietrze atakowało płuca, a kilogramy kurzu nie pomagały w zaczerpnięciu powietrza. W środku było koło dwudziestu złodziei. A przynajmniej osób podających się z nich. Grupa ludzi z odsłoniętymi twarzami składała się w większości z mężczyzn i paru kobiet. Były to dwumetrowe osiłki, bardziej bandyci niż złodzieje. Stali oparci o ściany i stosy skrzynek, starając się wyglądać groźnie. Reszta siedziała na podłodze i skrzyniach lub po prostu podpierali ściany. Środek pomieszczenia i krzesła były puste. Przykucnęłam w kącie najbliższym drzwiom, w taki sposób, aby w razie niebezpieczeństwa mieć łatwiejszą drogę ucieczki. Światło tu nie dochodziło, ani od brudnego okna, ani od otwieranych raz na jakiś czas drzwi. O mojej obecności powinni wiedzieć tyko ci, co mnie widzieli kiedy wchodziłam i nie zapomnieli o moim położeniu. Rozejrzałam się dokładniej po zamaskowanych. Przynajmniej oni znają podstawy. Mogę mieć z nimi problemy. Zerknęłam przez okno. Słońce powoli zachodziło za złocisty pagórek. Powinni wkrótce zjawić się organizatorzy. Po mnie nie wszedł na razie nikt. Najwyraźniej to wszyscy.

ciąg dalszy nastąpi


Harpia

wtorek, 23 lutego 2016

***

Hej! Przepraszamy, że posty ostatnio tak w kratkę, ale wszyscy zabiegani. Dziś zostawiamy was z wierszem naszej najmłodszej twórczyni.
Pozdrowienia



***

Wspina się gotowy na śmierć.
I z myślą , że tak być musi.
Pogodzony z losem.
Nieodgadnionym głosem.

Idzie i płacze jednak uśmiecha się.
Myśli o swej rodzinie.
Czy naprawdę była rodziną.
Wszystko będzie lepiej.

Wszystko się skończy.
To koniec.
Usłyszał krzyk odwraca się.
Widzi błagającą twarz.
Przeprasza.

Wszystko będzie lepiej jeśli to zrobi.
Nic już nie pomoże wie to.
Podją decyzje.
Skoczył.



Czarownica

niedziela, 21 lutego 2016

Opowiadanie złośliwego pióra - Turniej Złodziejski (część I)

Witajcie! Tak, wiemy że to nieprawdopodobne, ale Harpia przypomniała sobie o blogu! Nie przedłużając, zapraszamy na Opowiadanie Złośliwego Pióra!
  Uwaga! Tekst był inspirowany pewną książką LUB filmem, LUB grą komputerową, LUB jeszcze czymś innym. Czy dacie radę wyłapać co to było?



"Turniej Złodziejski"
część I

   Kamienną ulicą przejeżdżał właśnie posłaniec królewski na czarnym wierzchowców. Na zatłoczonym, okrągłym rynku sprzedawcy zachwalali swoje produkty, a klienci brali tyle, na ile pozwalały im ich skromne fundusze. Dzieci biegały na około murowanej, ozdobnej, lecz niestety nieczynnej studni. Siedziałam na skrzyni u wylotu jednej z mniej uczęszczanych uliczek. Machając leniwie nogami, wpatrywałam się w tłum. Przyglądałam się przechodzącym ludziom. Nie było nikogo ciekawego – ubodzy handlarze, żebracy, żony rybaków. Nagle z tłumu wyłoniła się ta postać. Niski, gruby szlachcic sędziwego wieku. Uśmiechnęłam się do siebie. No tak, aby opuścić Szlachetną Dzielnice trzeba przejść przez rynek. Tylko dlaczego nie ma z nim żadnej ochrony? To trochę dziwne. Magnaci nie ufają środowisku trzeciego stanu. Z resztą nieważne. Zeskoczyłam ze skrzyni i ruszyłam w jego stronę. Właśnie zatrzymał się i patrzył w dół studni. Dla mnie lepiej. Tylko jakby mój plan rozegrać tym razem? Nie zastanawiałam się długo, bo właśnie przede mną zatrzymała się gromadka roześmianych dzieciaków.
   - Siostrzyczko z blizną! Pobawisz się z nami? - zapytała mała piegowata dziewczynka z miną porzuconego szczeniaczka, wpatrując się trochę z zaciekawieniem w moją bliznę przechodzącą przez połowę policzka. Nie mogłam odmówić tak uroczym dzieciakom!
   - Jasne – powiedziałam z uśmiechem.
   - Gonisz! - wrzasnęły i rozbiegły się na wszystkie strony.

   Pobiegłam za nimi udając, że nie mogę ich złapać. Obiegliśmy dookoła studnie i przy trzecim okrążeniu wpadłam na szlachcica. Odepchnął mnie z odrazą i odszedł, krzycząc coś o pospólstwie. Upadłam boleśnie na siedzenie i popatrzyłam na odchodzącego mężczyznę. Przybrałam minę istoty pokrzywdzonej przez los.

    - Siostrzyczko, siostrzyczko! Nic ci nie jest? - Podbiegła do mnie ganiana wcześniej przeze mnie dzieciarnia. Na ich widok ponownie uśmiechnęłam się.

    - Wszystko jest w porządku! Ale wydaje mi się, że powinniśmy się bawić w mniej zatłoczonym miejscu. Idźcie pod mur. Ja wkrótce do was przyjdę.

    - Dobrze! - krzyknęły i pobiegły w wskazane przeze mnie miejsce.

    Wstałam z ziemi i otrzepałam się. Bez większego rozglądania się, opuściłam rynek uliczką, w której wcześniej siedziałam. Idąc, zaczęłam podrzucać pękatą sakiewkę. Co za naiwniak! Nawet nie zorientował się, kiedy mu ją wyciągnęłam! Śmiejąc się pod nosem, skręciłam w małą, ciemną uliczkę. Zatrzymałam się w jej połowie i upewniwszy się, że nikt mnie nie widzi, otworzyłam stare drewniane drzwi mosiężnym kluczem. Pchnęłam je, a moje nozdrza zaatakował zapach stęchłego powietrza. Ruszyłam przez zrujnowany dom, którego okna i frontowe drzwi były zabite deskami i podniosłam klapę prowadzącą do piwnicy. Zeszłam po drabinie i przemierzyłam kamienny korytarz. Na jego końcu znajdowała się wielka sala, z której dochodziły wesołe śmiechy. Stanęłam w progu i oparłam się o framugę. Grupa kobiet i dziewcząt siedziała dookoła stołu, na którym leżał mały skarb – począwszy od złotych monet, skończywszy na pierścieniach z rubinami i diamentami. Żadna najwyraźniej mnie nie zauważyła, bo cały czas opowiadały sobie o swoich przygodach.

    - Żałujcie, że nie widziałyście jego miny, kiedy zorientował się, że jego ukochany pierścień zniknął! - zarechotała, może trzydziestoletnia, czarnowłosa kobieta.

    Kolejna fala śmiechu zalała sale. Uśmiechnęłam się pod nosem. Miałam szczęście być przy tym wydarzeniu.

    - Przyznam, że ta zrozpaczona mina mnie urzekła. - powiedziałam na tyle głośno, aby wszystkie mnie usłyszały.

    Jak na komendę wszystkie, lekko wystraszone moim nagłym pojawieniem się, odwróciły głowy w stronę wejścia.

    - Szefowo! - Krzyknęła najmłodsza z nich – Nie strasz nas tak!

    - Igracie ze strażą, a mnie się boicie?

    Nie czekając na odpowiedź usiadłam po turecku na krześle na końcu stołu. Do kupki kosztowności dorzuciłam pięć kolejnych mieszków.

    - Otwieramy?

    - Oczywiście – chwyciłam jeden z dorzuconych ode mnie pakunków – ale pod jednym warunkiem – skończcie z tą „szefową”. Nie jestem waszym przywódcą, a reprezentantem. A poza tym mam imię.

    - Nie ma sprawy szefo... To znaczy Scar. – Żeby było jasne, Scar to zdrobnienie od Scarlet. Wspaniale dobrane.

    Otworzyłam pierwszy mieszek, a po stole potoczyły się różnorodne kosztowności. To samo stało się z kolejnymi trzema. Ujęłam w dłonie swoją najnowszą zdobycz i pewnym ruchem wysypałam zawartość. Niestety, zamiast naszego małego skarbu, na dębowym podłożu wylądowały same szare kamienie.

    - Co to ma znaczyć?! - krzyknęłam, wstając gwałtownie. Gdzie się podziały moje monety?! Czy ten starzec mnie przechytrzył? Ale skąd miał wiedzieć, że akurat dzisiaj ktoś go obrabuje?! Przecież ja sama tego nie planowałam! Z zamyślenia wyrwał mnie krzyk jednej z moich kompanek:

    - Scar! Tu jest coś jeszcze! Jakaś karteczka...

    Z szybkością poparzonego lamparta wyrwałam z jej ręki skrawek papieru. Widniała na nim starannie wykaligrafowana wiadomość:


Drogi Złodzieju!

Jeżeli czytasz tą wiadomość oznacza to, że udało Ci się zakwalifikować do Turnieju Złodziejskiego. Wygraną jest tytuł Króla Złodziei! Kandydatów zapraszamy na obrzeża miasta Kalzestr do baru „Ostatnia pieśń”, kiedy nastanie zmierzch. Wszyscy uczestnicy proszeni są o przyniesienie dowodu w postaci tegoż skradzionego liściku razem z sakiewką.

Niech cień Cię strzeże, S.”


    Przeczytałam liścik na głos, a dziewczyny patrzyły na mnie z zaciekawieniem.

    - Czy to ma być jakiś żart? - spytałam już nieco łagodniej. Karteczka zaintrygowała mnie. Kto w ogóle kłopocze się organizowaniem jakiś głupich zawodów dla złodziejaszków?

    - Ale nie chodzi im chyba o tego Króla Złodziei...? - zapytała niepewnie jedna z młodszych dziewcząt.

    - Oszalałaś? - zlinczowała ją druga – Przecież to legenda! Bajka dla dzieci na dobranoc!
    - Skąd wiesz? - naskoczyła na nią Katt – czarnowłosa kobieta, która w czasie mojego przybycia opowiadała o swojej robocie. – Legendy nie biorą się znikąd! Każda ma w sobie ziarno prawdy!
    - Wam na serio odbiło!
    Rozszalała się kłótnia. Jedne z mych kompanek stały po stronie brunetki, drugie twierdziły, że postradały zmysły. Tylko, że ja nie wiedziałam co miały na myśli. Jaki Król Złodziei? Jaka bajka? Nie słyszałam własnych myśli, a dziewczęta nie zamierzały się uciszyć.
    - Uspokójcie się! - Wrzasnęłam, waląc pięścią w stół tak, że aż parę monet spadło na kamienną posadzkę. - Powie mi łaskawie któraś, o co chodzi z tym całym Królem?
    Dziewczyny popatrzyły na siebie. Parę wzruszyło na ich spojrzenia ramionami, inne prychnęły i odwróciły wzrok. Katt westchnęła i zaczęła opowiadać:
    - Ludzie powiadają, że dwieście lat temu żył pewien złodziej – mistrz w swoim fachu. Nie było sakiewki, której by nie ukradł, nie było skarbca, którego by nie splądrował. Z tego powodu nazywano go Królem. Był to jedyny człowiek, który oficjalnie działał na zlecenie. Kradł, wrabiał, mieszał w papierach. Krążyła pogłoska, że pewnego dnia skradł samą koronę cesarza. Jednak jego atutem było rozbrajanie zamków. Podobno nawet starożytne drzwi-zagadki otwierały się przed nim na pstryknięcie palcami. I tu pojawia nam się główna zagadka – czy jego owocne grzebanie w zamkach było wynikiem jego umiejętności czy może małej pomocy...
    - Dajcie spokój! Przecież niemożliwe, żeby to istniało! - nie wytrzymała jedna ze sceptyczek.
    - Ale co? - Zapytałam uprzedzając brunetkę i jej grupę.
    - Kościany Klucz. Według legendy to klucz, który potrafi otworzyć każdy zamek. Podarowała go Królowi sama Setta, bogini nocy i patronka złodziei.
    Czarnowłosa zamilkła czekając na moją reakcję. Oparłam się o stół i zamyśliłam się. Zawody i Kościany Klucz. Czy to ma coś ze sobą wspólnego? Uśmiechnęłam się pod nosem. Dlaczego by nie wziąć udziału? Jeżeli ten cały Klucz istnieje, mógłby się nieźle przydać. A jeśli nie, to tytuł Królowej Złodziei wzbudza szacunek! Mogłoby to pomóc nam w przyszłych interesach.
    - Okej! - Klasnęłam w dłonie – Podjęłam decyzje. Wezmę w tym udział. Ale najpierw... Ruth! Sprawdź mi te kamienie! - krzyknęłam do rudowłosej dziewczyny, mniej więcej w moim wieku, która leżała na łóżku w rogu pokoju.
    Dziewczyna powoli wstała i z ociąganiem podeszła do stolika. Ruth, córka jubilera, który niestety splajtował, zajmowała się u nas wycenieniem naszych zdobyczy i sprzedawaniem ich odpowiednim ludziom w odpowiednich miejscach. Chwyciła jeden z kamieni, obejrzała go ze wszystkich stron i bez wahania rzuciła nim o posadzkę. O dziwo kamień rozłupał się, ukazując złotą grudkę. Ruth uklękła i obejrzała dokładnie znalezisko.
    - Samorodek złota. Świeżo wykuty. Warstwę wokół niego stanowi gips.
    Uśmiechnęłam się szeroko. No tak. Egzamin zaczął się od momentu wypatrzenia szlachcica. Chwyciłam pusty mieszek i wpakowałam do niego liścik.
    - Dobra dziewczyny, to ja idę na ten test – uśmiechnęłam się.
    - A kamienie...? - Spytała niepewnie jedna z moich towarzyszek.
    - Co za złodziej oddaje to co ukradł? Dowodem uczestnictwa jest mieszek i liścik. W wiadomości nie ma słowa o kamieniach.
    Wstałam i żegnając się machnięciem ręki, wyszłam z naszej kryjówki.



ciąg dalszy nastąpi


Harpia

wtorek, 16 lutego 2016

"Każda dziewczyna ma swoją cenę...", czyli recenzja "Szklanych Gejszy"

Witamy! Przepraszam, że znowu była krótka przerwa, ale ktoś (nie będę wskazywać palcami, ale pewnie się domyślicie XD) znowu został porwany przez szkolny wir zajęć. Zostawiamy was z recenzją naszego najnowszego nabytku.
Enjoy!



“Szklane gejsze”
Susanna Quinn


szklane-gejsze-b-iext24051835.jpg


Każda dziewczyna ma swoją cenę...
Stephanie chce zostać aktorką, ale nie stać jej na studia. Przyjeżdża do Tokio znęcona opowieściami przyjaciółek o łatwości zarabiania tam pieniędzy – wystarczy pracować jako hostessa i śmiać się z dowcipów podpitych biznesmenów. Żadnego seksu!
Na miejscu okazuje się, że wszystko wygląda zupełnie inaczej..”
Wydawnictwo Olé (opis z okładki)



Tytuł: “Szklane Gejsze”; “Glass Geishas”
Autor: Susanna Quinn; Tłumaczenie: Patrycja Zarawska
Wydawca: Olé
Data Wydania: 4.12.2013r.
Literatura Piękna
Problematyka: Hostessy, wodny interes, problemy, Japonia



Dzisiaj zapraszamy do świata płatnej miłości na rynku Japońskim. Chciałabym opowiedzieć o mojej przygodzie ze “Szklanymi Gejszami” autorstwa Susanny Quinn. Ukazała się ona w 2013 r. nakładem wydawnictwa Olé, a którą ja nabyłam jakiś czas temu w bardzo przestępnej cenie w Biedronce. Wbrew ogólnemu przeświadczeniu jest to idealne miejsce, aby znaleźć perełki nieumieszczone w oficjalnej gazetce. Ale dzisiaj nie o tym.
Autorka porusza bardzo wrażliwy temat usług towarzyskich w Tokio, a dokładnie w Roppongi - dzielnicy, która słynie z umiłowania do zachodnich rozrywek i klubu hostess. Historia prowadzona jest z kilku punktów widzenia: Mamy-san, czyli właścicielki niegdyś najmodniejszego klubu Tokio, który mimo upływu wielu lat nadal uznawany jest za luksusowy; Chastity, kobieta, która wiele lat wcześniej przyjechała, by zarobić, a uzależniła się od tej pracy i mimo chęci, nie potrafi się od niej zwolnić; no i została jeszcze Stephanie, dziewczyna, w koło której rozgrywają się główne wydarzenia książki.
Jest ona angielską dziewczyną, która przyjechała do Japonii w poszukiwaniu przyjaciółek ze szkoły. Jednocześnie stara się zebrać pieniądze na dalszą edukację aktorską. Jednak moim zdaniem nie skupia się na żadnym z tych zadań. Wypytuje się nachalnie, tracąc ludzi i możliwości. Jednak gdy nadarza się okazja, wciąga się w biznes i zapomina o przyjaciółce. Autorka starała się pokazać coś nowego i zaskakującego, jednak osoba, którą postawiła na pierwszym miejscu, okazała się płytka i dwuwymiarowa, podobna do innych hostess - samolubna i próżna. Dopiero pod koniec książki zyskuje mój pełen szacunek, wymykając się ze szponów Rappongi.
W książce naprawdę podobały mi się dwa wątki. Wątek Mamy-san, która opowiadała o swojej młodości, świecie mafii, barów przekąskowych, gdzie młode dziewczyny zarabiały tylko tyle, aby się utrzymać się w sposób, który zdecydowanie nie był dla nich przeznaczony, a także o innych miejscach swojej pracy przed otworzeniem swojego pierwszego klubu. Bardzo ciekawie i lekko opowiada o wielu aż tak prostych sprawach, o sex-biznesie i fetyszyzmie wschodniego ludu.
Drugi wątek prowadzi pani Sato - starsza pani, gejsza, kobieta o nienagannych manierach i twardych zasadach, które stara się przekazać młodej, niedoświadczonej i zupełnie naiwnej dziewczynie. W ten sposób ratuje jej życie.
Ogólnie książka jest napisana dobrze i pomijając ciągłe krążenie w miejscu głównej bohaterki naprawdę przyjemnie się ją czyta. Sądząc po poruszonym temacie mogłaby ona być jeszcze lepsza, jednak jak już mówiłam jest to temat naprawdę trudny. Dlatego mam wielki szacunek do autorki, która się go podjęła i dzięki temu powstała dość ciekawa i bardzo pouczająca lektura. Nie żałuję czasu spędzonego nad nią, znów powróciła moją miłość do gejszy, tego specyficznego nastroju, który utrzymuje się tam przez całą dobę, lecz po zmroku zyskuje on drapieżności.


Ocena:
Fabuła: 6/10
Postaci: 8/10
Nastrój: 10/10


Maiko


niedziela, 14 lutego 2016

Poezja na temat

Poezja na temat

Walentynki 

Dzisiaj tytułowe Walentynki, więc postanowiłam przygotować dla Was kilka wierszy  z tej okazji. Mam nadzieję, że będą Wam się podobały. 


Ogrzewają nas promienie
żółte jak cytrynki,
a tu nagle pewien chłopak
podbiega do pewnej dziewczynki.
Daje jej bukiet czerwonych róż,
a nowa miłość rozwija się już.
Ona mu mówi:
-Cześć! Jak tam u Ciebie?
On odpowiada:
-Wczoraj widziałem księdza w berecie.

Rośnij w górę i wysoko,
żeby chłopcy mieli oko.
Abyś im się podobała,
starą panną nie została.

Pół jabłuszka, pół cytrynki
słodkie usta u dziewczynki,
gdy je chłopiec pocałuje
cały rok się oblizuje.

Miłość i kartofle,
są to dwa braciszki.
Miłość ściska serce,
a kartofle kiszki.

POZDRAWIAM KLAUDIA

P.S. Wszystkiego najlepszego z okazji Walentego!

sobota, 13 lutego 2016

Poezja na temat cz.2

Poezja na temat
Życzenia walentynkowe cz.2

http://static1.squarespace.com/static/54e5303de4b03dfab726186e/54e5b9f5e4b04d575f037c4b/5630d89ae4b0aae220b40b8e/1447274241140/?format=1000w
C:\Users\Użytkownik\Desktop\tapety\serce-książka.jpg

Sukcesów w życiu,
szczęścia w miłości,
dużo uścisków,
samych radości,
spełnienia marzeń,
mocy słodyczy
w Dniu Walentego
...(imię) Ci życzy!


Choć się boję odrobinkę,
ślę do Ciebie walentynkę,
bo nadzieję cichą mam,
że Ci troszkę szczęścia dam.
W kawiarence przy deserze,
na kolacji, na spacerze,
o północy i w południe
będzie Nam ze sobą cudnie!


Dwie róże w wazonie
są stołu ozdobą,
a list jest rozmową
między mną a Tobą,
więc dla dalszej miłej,
naszej znajomości,
wysyłam w Walentynki
ten symbol miłości.


Jak przystało w Walentynki,
chłopak pisze do dziewczynki:
Życzę Ci wszystkiego dobrego,
byś miała kogoś kochanego.
Na co dzień
uśmiechu i radości,
byś wyróżniała się
wśród szarości.


Kim jesteś dla mnie?
Jesteś mym marzeniem
Jesteś mego serca każdym uderzeniem
Każde Twoje słowo
Każde Twe spojrzenie
Jest dla mnie przeżyciem
Jest dla mnie pragnieniem.


POZDRAWIAM KLAUDIA                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                      
http://moje-gify.blog.onet.pl/wp-content/blogs.dir/1278749/files/blog_ad_4774338_7314234_tr_walentynki.jpg


C:\Users\Użytkownik\Desktop\tapety\serce-zapałki.jpg
C:\Users\Użytkownik\Desktop\tapety\róż.jpg