Witajcie! Tak, wiemy że to nieprawdopodobne, ale Harpia przypomniała sobie o blogu! Nie przedłużając, zapraszamy na Opowiadanie Złośliwego Pióra!
Uwaga! Tekst był inspirowany pewną książką LUB filmem, LUB grą komputerową, LUB jeszcze czymś innym. Czy dacie radę wyłapać co to było?
"Turniej Złodziejski"
część I
Kamienną ulicą przejeżdżał
właśnie posłaniec królewski na czarnym wierzchowców. Na
zatłoczonym, okrągłym rynku sprzedawcy zachwalali swoje produkty,
a klienci brali tyle, na ile pozwalały im ich skromne fundusze.
Dzieci biegały na około murowanej, ozdobnej, lecz niestety
nieczynnej studni. Siedziałam na skrzyni u wylotu jednej z mniej
uczęszczanych uliczek. Machając leniwie nogami, wpatrywałam się w
tłum. Przyglądałam się przechodzącym ludziom. Nie było nikogo
ciekawego – ubodzy handlarze, żebracy, żony rybaków. Nagle z
tłumu wyłoniła się ta postać. Niski, gruby szlachcic sędziwego
wieku. Uśmiechnęłam się do siebie. No tak, aby opuścić
Szlachetną Dzielnice trzeba przejść przez rynek. Tylko dlaczego
nie ma z nim żadnej ochrony? To trochę dziwne. Magnaci nie ufają
środowisku trzeciego stanu. Z resztą nieważne. Zeskoczyłam ze
skrzyni i ruszyłam w jego stronę. Właśnie zatrzymał się i
patrzył w dół studni. Dla mnie lepiej. Tylko jakby mój plan
rozegrać tym razem? Nie zastanawiałam się długo, bo właśnie
przede mną zatrzymała się gromadka roześmianych dzieciaków.
- Siostrzyczko z blizną! Pobawisz
się z nami? - zapytała mała piegowata dziewczynka z miną
porzuconego szczeniaczka, wpatrując się trochę z zaciekawieniem
w moją bliznę przechodzącą przez połowę policzka. Nie mogłam
odmówić tak uroczym dzieciakom!
- Jasne – powiedziałam z
uśmiechem.
- Gonisz! - wrzasnęły i rozbiegły
się na wszystkie strony.
Pobiegłam za nimi udając, że nie
mogę ich złapać. Obiegliśmy dookoła studnie i przy trzecim
okrążeniu wpadłam na szlachcica. Odepchnął mnie z odrazą i
odszedł, krzycząc coś o pospólstwie. Upadłam boleśnie na
siedzenie i popatrzyłam na odchodzącego mężczyznę. Przybrałam
minę istoty pokrzywdzonej przez los.
- Siostrzyczko, siostrzyczko! Nic ci
nie jest? - Podbiegła do mnie ganiana wcześniej przeze mnie
dzieciarnia. Na ich widok ponownie uśmiechnęłam się.
- Wszystko jest w porządku! Ale
wydaje mi się, że powinniśmy się bawić w mniej zatłoczonym
miejscu. Idźcie pod mur. Ja wkrótce do was przyjdę.
- Dobrze! - krzyknęły i pobiegły
w wskazane przeze mnie miejsce.
Wstałam z ziemi i otrzepałam się.
Bez większego rozglądania się, opuściłam rynek uliczką, w
której wcześniej siedziałam. Idąc, zaczęłam podrzucać pękatą
sakiewkę. Co za naiwniak! Nawet nie zorientował się, kiedy mu ją
wyciągnęłam! Śmiejąc się pod nosem, skręciłam w małą,
ciemną uliczkę. Zatrzymałam się w jej połowie i upewniwszy się,
że nikt mnie nie widzi, otworzyłam stare drewniane drzwi mosiężnym
kluczem. Pchnęłam je, a moje nozdrza zaatakował zapach stęchłego
powietrza. Ruszyłam przez zrujnowany dom, którego okna i frontowe
drzwi były zabite deskami i podniosłam klapę prowadzącą do
piwnicy. Zeszłam po drabinie i przemierzyłam kamienny korytarz. Na
jego końcu znajdowała się wielka sala, z której dochodziły
wesołe śmiechy. Stanęłam w progu i oparłam się o framugę.
Grupa kobiet i dziewcząt siedziała dookoła stołu, na którym
leżał mały skarb – począwszy od złotych monet, skończywszy na
pierścieniach z rubinami i diamentami. Żadna najwyraźniej mnie nie
zauważyła, bo cały czas opowiadały sobie o swoich przygodach.
- Żałujcie, że nie widziałyście
jego miny, kiedy zorientował się, że jego ukochany pierścień
zniknął! - zarechotała, może trzydziestoletnia, czarnowłosa
kobieta.
Kolejna fala śmiechu zalała sale.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Miałam szczęście być przy tym
wydarzeniu.
- Przyznam, że ta zrozpaczona mina
mnie urzekła. - powiedziałam na tyle głośno, aby wszystkie mnie
usłyszały.
Jak na komendę wszystkie, lekko
wystraszone moim nagłym pojawieniem się, odwróciły głowy w
stronę wejścia.
- Szefowo! - Krzyknęła najmłodsza z
nich – Nie strasz nas tak!
- Igracie ze strażą, a mnie się
boicie?
Nie czekając na odpowiedź usiadłam
po turecku na krześle na końcu stołu. Do kupki kosztowności
dorzuciłam pięć kolejnych mieszków.
- Otwieramy?
- Oczywiście – chwyciłam jeden z
dorzuconych ode mnie pakunków – ale pod jednym warunkiem –
skończcie z tą „szefową”. Nie jestem waszym przywódcą, a
reprezentantem. A poza tym mam imię.
- Nie ma sprawy szefo... To znaczy
Scar. – Żeby było jasne, Scar to zdrobnienie od Scarlet.
Wspaniale dobrane.
Otworzyłam pierwszy mieszek, a po
stole potoczyły się różnorodne kosztowności. To samo stało się
z kolejnymi trzema. Ujęłam w dłonie swoją najnowszą zdobycz i
pewnym ruchem wysypałam zawartość. Niestety, zamiast naszego
małego skarbu, na dębowym podłożu wylądowały same szare
kamienie.
- Co to ma znaczyć?! - krzyknęłam,
wstając gwałtownie. Gdzie się podziały moje monety?! Czy ten
starzec mnie przechytrzył? Ale skąd miał wiedzieć, że akurat
dzisiaj ktoś go obrabuje?! Przecież ja sama tego nie planowałam! Z
zamyślenia wyrwał mnie krzyk jednej z moich kompanek:
- Scar! Tu jest coś jeszcze! Jakaś
karteczka...
Z szybkością poparzonego lamparta
wyrwałam z jej ręki skrawek papieru. Widniała na nim starannie
wykaligrafowana wiadomość:
„Drogi Złodzieju!
Jeżeli czytasz tą
wiadomość oznacza to, że udało Ci się zakwalifikować do
Turnieju Złodziejskiego. Wygraną jest tytuł Króla Złodziei!
Kandydatów zapraszamy na obrzeża miasta Kalzestr do baru „Ostatnia
pieśń”, kiedy nastanie zmierzch. Wszyscy uczestnicy proszeni są
o przyniesienie dowodu w postaci tegoż skradzionego liściku razem z
sakiewką.
Niech cień Cię
strzeże, S.”
Przeczytałam liścik na
głos, a dziewczyny patrzyły na mnie z zaciekawieniem.
- Czy to ma być jakiś
żart? - spytałam już nieco łagodniej. Karteczka zaintrygowała
mnie. Kto w ogóle kłopocze się organizowaniem jakiś głupich
zawodów dla złodziejaszków?
- Ale nie chodzi im chyba o
tego Króla Złodziei...? - zapytała niepewnie jedna z młodszych
dziewcząt.
- Oszalałaś? -
zlinczowała ją druga – Przecież to legenda! Bajka dla dzieci na
dobranoc!
- Skąd wiesz? - naskoczyła na nią Katt –
czarnowłosa kobieta, która w czasie mojego przybycia opowiadała o
swojej robocie. – Legendy nie biorą się znikąd! Każda ma w
sobie ziarno prawdy!
- Wam na serio odbiło!
Rozszalała
się kłótnia. Jedne z mych kompanek stały po stronie brunetki,
drugie twierdziły, że postradały zmysły. Tylko, że ja nie
wiedziałam co miały na myśli. Jaki Król Złodziei? Jaka bajka?
Nie słyszałam własnych myśli, a dziewczęta nie zamierzały się
uciszyć.
- Uspokójcie się! - Wrzasnęłam, waląc pięścią
w stół tak, że aż parę monet spadło na kamienną posadzkę. -
Powie mi łaskawie któraś, o co chodzi z tym całym Królem?
Dziewczyny popatrzyły na siebie. Parę wzruszyło na ich spojrzenia
ramionami, inne prychnęły i odwróciły wzrok. Katt westchnęła i
zaczęła opowiadać:
- Ludzie powiadają, że dwieście lat
temu żył pewien złodziej – mistrz w swoim fachu. Nie było
sakiewki, której by nie ukradł, nie było skarbca, którego by nie
splądrował. Z tego powodu nazywano go Królem. Był to jedyny
człowiek, który oficjalnie działał na zlecenie. Kradł, wrabiał,
mieszał w papierach. Krążyła pogłoska, że pewnego dnia skradł
samą koronę cesarza. Jednak jego atutem było rozbrajanie zamków.
Podobno nawet starożytne drzwi-zagadki otwierały się przed nim na
pstryknięcie palcami. I tu pojawia nam się główna zagadka – czy
jego owocne grzebanie w zamkach było wynikiem jego umiejętności
czy może małej pomocy...
- Dajcie spokój! Przecież
niemożliwe, żeby to istniało! - nie wytrzymała jedna ze
sceptyczek.
- Ale co? - Zapytałam uprzedzając brunetkę i jej
grupę.
- Kościany Klucz. Według legendy to klucz, który
potrafi otworzyć każdy zamek. Podarowała go Królowi sama Setta,
bogini nocy i patronka złodziei.
Czarnowłosa zamilkła
czekając na moją reakcję. Oparłam się o stół i zamyśliłam
się. Zawody i Kościany Klucz. Czy to ma coś ze sobą wspólnego?
Uśmiechnęłam się pod nosem. Dlaczego by nie wziąć udziału?
Jeżeli ten cały Klucz istnieje, mógłby się nieźle przydać. A
jeśli nie, to tytuł Królowej Złodziei wzbudza szacunek! Mogłoby
to pomóc nam w przyszłych interesach.
- Okej! - Klasnęłam w
dłonie – Podjęłam decyzje. Wezmę w tym udział. Ale najpierw...
Ruth! Sprawdź mi te kamienie! - krzyknęłam do rudowłosej
dziewczyny, mniej więcej w moim wieku, która leżała na łóżku w
rogu pokoju.
Dziewczyna powoli wstała i z ociąganiem podeszła
do stolika. Ruth, córka jubilera, który niestety splajtował,
zajmowała się u nas wycenieniem naszych zdobyczy i sprzedawaniem
ich odpowiednim ludziom w odpowiednich miejscach. Chwyciła jeden z
kamieni, obejrzała go ze wszystkich stron i bez wahania rzuciła nim
o posadzkę. O dziwo kamień rozłupał się, ukazując złotą
grudkę. Ruth uklękła i obejrzała dokładnie znalezisko.
-
Samorodek złota. Świeżo wykuty. Warstwę wokół niego stanowi
gips.
Uśmiechnęłam się szeroko. No tak. Egzamin zaczął się
od momentu wypatrzenia szlachcica. Chwyciłam pusty mieszek i
wpakowałam do niego liścik.
- Dobra dziewczyny, to ja idę na
ten test – uśmiechnęłam się.
- A kamienie...? - Spytała
niepewnie jedna z moich towarzyszek.
- Co za złodziej oddaje to
co ukradł? Dowodem uczestnictwa jest mieszek i liścik. W wiadomości
nie ma słowa o kamieniach.
Wstałam i żegnając się
machnięciem ręki, wyszłam z naszej kryjówki.
ciąg dalszy nastąpi
Harpia