sobota, 31 października 2015

"Jej dom" - Opowiadanie złośliwego pióra

Dziś Halloween, co? Harpia sobie zarezerwowała dzisiejszy wpis. Chciała napisać smutne opowiadanie. I tam mi coś mruczy, że to jest jej pierwsze takie, więc wyszło, jak wyszło =). Ja wam powiem, że mieszkam w baardzo starym domu i niedługo mam urodziny, więc mam nadzieję, że nie będę miała nieproszonych gości XD. Mam nadzieję, że dzisiejszą noc spędziliście wesoło =).
 Pozdrowienia
Smoczyca


"Jej dom"

  Pojawili się kolejni. Ileż to już minęło od czasu, kiedy to ona stała na podjeździe, patrząc z ekscytacją na jej dom? Nowy, a może tak naprawdę pierwszy i prawdziwy dom. Oni jednak nie byli podekscytowani. Ich twarze wypełniało zniesmaczenie. Skoro tak bardzo nie chcieli tutaj mieszkać, po co się tu wprowadzają? Nie lepiej wybudować nowy budynek? Albo kupić inny? Piękniejszy, nowszy, taki w którym jej nie ma. Jeżeli brak im motywacji, aby ponownie się przeprowadzić, ona im ją zapewni...

***
  Ostatni lokatorzy zniknęli po miesiącu. Teraz pojawili się kolejni. Ci są bardziej uparci. Przestawiane przedmioty, nagłe otworzenie się okien i drzwi, samo włączanie się urządzeń. To wszystko zrzucali na roztargnienie, zepsute zamki czy popsute sprzęty. Nie opuścili jej domu. Dlaczego oni nie mogą zostawić jej w spokoju! Niech wyjadą! Daleko! Nie chce ich tu! To jej dom!

***
  To był przypadek. Nie chciała go zepchnąć. Wiedziała, że mimo swojego stanu potrafi wpływać na ich świat. Kiedy się skupiła lub gdy emocje brały górę, przesuwała mniejsze i większe rzeczy. Nie wiedziała jednak, że to dotyczy także ludzi. Nie panowała nad tym. To samo tak wyszło. Niezamierzanie. Na szczęście dziecku nic się nie stało. Z tego, co usłyszała z ich rozmowy, skończy się jedynie na paru zadrapaniach. Chłopiec nie ma nawet wstrząśnienia. Ale, może to dobry pomysł... Nie chce ich skrzywdzić... Ale jeśli to jedyny sposób... Przecież oni od razu nie zginą...

***
  Od jakiegoś czasu byli coraz bardziej przerażeni. Słyszała, że szukają nowego miejsca zamieszkania. To chcą opuścić jak najprędzej. Wiedziała, że niebawem odzyska swój dom, więc zaprzestała swoich czynów. Postanowiła tylko obserwować.
 Stała w jadalni, tam gdzie oni się zebrali. Świętowali. Co to była za okazja? Ah! Urodziny ich dziecka. Ze strachu ciągle o czymś zapominali. Czy to zapłacić za coś, czy to pójść na umówione spotkanie. O tym jednak nie zapomnieli. Mały chłopiec z kryjącymi się pod bandażami ranami, które były jej sprawką, spojrzał na wnoszony przez jego matkę tort. Kobieta postawiła ciasto na stole. W tym momencie jej mąż zerwał się. Poszedł po świeczki, o których wcześniej zapomnieli. Kiedy tylko wyszedł, kobieta spojrzała na syna. W jednej chwili przytuliła go mocno.
 – Przepraszam cię... nie tak to powinno wyglądać... Zapomnijmy chociaż na moment o tym, co tu się dzieje. - wyszeptała. Pocałowała syna w czubek głowy.
 W tym momencie wrócił mężczyzna. Uśmiechnął się, a zmarszczka między jego brwiami, która pojawiła się w ostatnich dniach, lekko wygładziła się. Chłopiec zdmuchnął zapalone świeczki. Pierwszy raz na twarzach rodziny pojawiły się uśmiechy. Powoli zaczęli rozmawiać, żartować. Na chwilę zapomnieli o jej działaniach. Zachowywali się, jakby to, co działo się przez ostatni miesiąc, było tylko jednym, wspólnym koszmarem, z którego się właśnie obudzili, a życie jest takie jak wcześniej. Patrzyła na to z narastającym smutkiem, bezpodstawną złością i jeszcze jednym uczuciem. Nowym, albo raczej dawno zapomnianym. I wtedy pojawiło się pierwsze ukłucie. Im dłużej patrzyła na tę scenę, tym mocniejszy stawał się ból.
 Nagle światło żarówek zaczęło migotać, aż w końcu tajemnicza siła wywaliła korki. Okna otworzyły się z hukiem, wpuszczając do środka silny, dziki wiatr. Wiszące na ścianie obrazy malowane na szkle samoistnie roztrzaskały się, a kryształowe odłamki rozproszyły się na całe pomieszczenie. Lokatorzy zaczęli krzyczeć. Mężczyzna chwycił dziecko, przewracając krzesło, a wolną ręką wyciągnął żonę z pokoju, a następnie z domu. Nigdy potem nie wrócili....

***
  Przyglądała się starym, zniszczonym pomieszczeniom. Od kiedy rozeszła się pogłoska, że to miejsce jest nawiedzone, nikt się tu nie wprowadził. Miała nareszcie swój dom. Swój i tylko swój. Jednak, kiedy widziała, jak ściany i podłogi pokoi porastały starością, pojawiło się drugie ukłucie. Małe, ale irytujące. Im bardziej starała się je ignorować, tym bardziej je czuła. Pozostało jej jedno – przywyknięcie do tego.

***
  Obserwując z okna nauczyła się odróżniać dni miesiąca. Tego dnia było Halloween. Kiedyś to lubiła. Pamięta, jak razem z siostrą biegały od domu do domu, przebrane za wiedźmy. Małe ukucie znowu się odezwało. Oddaliła od siebie wspomnienie. Spojrzała znowu przez okno. Mniejsze i większe grupki dzieci chodziły, pukając to do jednych to do drugich drzwi. Jej dom omijały szerokim łukiem. Bardzo dobrze. Nie pojawią się tutaj już żadni intruzi.
Z grupy ludzi chodzących po ulicy, dwie postacie przykuły jej spojrzenie. Młoda kobieta z brązowymi włosami do pasa prowadziła małą, może dwunastoletnią dziewczynkę, niezwykle do niej podobną. Ta mała osóbka niesamowicie przypominała pewną osobę. Przypominała zabłąkaną duszę, która teraz patrzyła zza okna opuszczonego domu. A także kogoś kogo zbłąkana dusza straciła dawno temu. Te same rysy twarzy, taki sam kolor włosów, ten sam uśmiech. Nie mogła uwierzyć w to niesamowite podobieństwo. Przyjrzała się kobiecie, najpewniej matce dziewczynki. Minęło wiele lat, więc nie zdziwiłaby się gdyby to była ona. Ale to nie może być ona. Nie wróciła by tu. Dawno temu zapomnieli o tym miejscu. O niej...
Dopiero po chwili zauważyła, że w kobieta w drugiej dłoni trzymała reklamówkę, z której wystawała mała porcelanowa główka. Zaciekawiła się. Odprowadziła je wzrokiem, dopóki nie znikły za zakrętem. Idąc tą ścieżką mogły dojść tylko w jedno miejsce. Zacisnęła pięść. Chciała się przekonać czy to prawda, czy jednak wróciła, ale bała się. Bała się opuścić swój dom, swoje sanktuarium... Ale jeżeli to jedyny sposób, żeby dowiedzieć się prawdy...

***
Stała dwa kroki za nimi. Po jej policzkach spływały łzy wielkości grochu, by zaraz po oderwaniu się od skóry rozpłynąć się w powietrzu.
- Mamo, kto tu leży? - spytała mała przyglądając się kamiennej płycie. – Elizabeth Hunt... To nasza rodzina?
- Tak. - odpowiedziała matka kładąc na nagrobku porcelanowego znicza z aniołem. - To ktoś naprawdę mi bliski.
- Dlaczego ona jest tutaj, w tym mieście?
- Kiedyś tu mieszkaliśmy. Twoi dziadkowie nie mogli sobie wybaczyć, że nie ma jej tu z nami. Dlatego wyjechaliśmy.
- I zapomnieliście o niej? - spytała smutno dziewczynka. - Ty też?
Kobieta uśmiechnęła się i objęła ramieniem córkę.
- A czy gdybym o niej zapomniała, to byłabym dziś tutaj?
I wtedy pojawiło się trzecie i ostatnie ukłucie. Wtedy też postanowiła pójść tam. W stronę światła.

Końcem człowieka nie jest jego śmierć, lecz jego zapomnienie. Nikt nie chce zostać zapomnianym.


Harpia

P.S: Jakby ktoś czegoś nie zrozumiał to piszcie :) Chętnie odpowiem! H.

piątek, 30 października 2015

"Każdy dzień to nowa historia" część III

Nareszcie piątek! Taa, tylko szkoda, że ja nie znam słów "weekend" i "odpoczynek"... Mam nadzieję, że chociaż wy macie mniej roboty i macie trochę czasu dla siebie =). Zostawiam was dziś z ostatnią częścią opowiadania Wyroczni. Mam nadzieję, że to lekkie shojo zostawiło na waszych twarzach uśmiech =).
 Pozdrawiam
Smoczyca


"Każdy dzień to nowa historia"
część III

Nastał kolejny dzień. Razem z Keshą i Zoe byłam chyba we wszystkich możliwych sklepach w miasteczku. Gdy wróciłam, był już wieczór. Tak naprawdę przez cały dzień myślałam tylko o jutrzejszym spotkaniu z Markiem. Nie mogłam się już doczekać.
***
Szłam właśnie do parku. Gdy znalazłam się już na miejscu, zauważyłam, że zielonooki chłopak siedzi na tej samej ławce, co ostatnim razem. Podeszłam.
- Hej. - uśmiechnęłam się.
- Cześć. - siadłam koło chłopaka. - Jak było na wczorajszym spotkaniu na mieście? - zapytał. 
- A nawet fajnie. A ty co robiłeś?
- Nic ciekawego. 
- Mark, pamiętasz? Miałeś mi coś wyjaśnić? - zapytałam się z nadzieją, że dzięki temu dowiem się czegoś na jego temat.
- Ah tak. - zielonooki popatrzył w niebo. - Jak sądzisz: czy istnieje coś więcej tu na ziemi niż tylko ten świat?
- Chyba nie, bo gdyby istniało coś jeszcze, to ludzie wiedzieli by o tym. - odpowiedziałam. Mark uśmiechnął się tylko.
Chłopak zaczął mi opowiadać o tym, że na świecie jest coś więcej niż to, co widzimy; że są rzeczy, które mogą poznać tylko nieliczni. Dowiedziałam się też, że sam Mark nie pochodzi stąd. Nie mogłam zbytnio w to uwierzyć.
W pewnym momencie nasz temat zszedł na bramę. Chłopak spytał się mnie, czy uwierzyłabym w coś, czego inni nie mogą zobaczyć. W coś, co tylko wybrani są wstanie spostrzec. Nie byłam pewna, jakiej odpowiedzi oczekuje ode mnie. Zapadła cisza.
- Czy nie zastanawiałaś się, co mogło znajdować się po drugiej stronie bramy? - zapytał nagle zielonooki. 
- Zawsze byłam ciekawa, co tam jest. Już w dzieciństwie chciałam się jakoś tam dostać, ale nie wiedziałam jak. - chłopak uśmiechnął się, gdy usłyszał te słowa. 
- Czy nadal jesteś ciekawa? Czy chciałabyś zobaczyć, co tam jest? - pokiwałam głową na zgodę. Mark złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę bramy. Gdy znaleźliśmy się już na miejscu, chłopak puścił moją rękę.
- Podejdź bliżej. - powiedział. Stanęłam jakieś dwa kroki przed bramą. - Czy widzisz coś dziwnego? - przyjrzałam się.
Koło klamki znajdowała się mała szpara. Nie byłam pewna czy to właśnie ją miałam zobaczyć, lecz i tak wskazałam na nią palcem. Popatrzyłam na Marka. Podszedł do bramy i dotknął dziurkę. Nagle duże drzwi otworzyły się. Nie mogłam w to uwierzyć.
Po drugiej stronie park był jeszcze piękniejszy niż ten za mną. Oba miejsca różniły się jedną rzeczą: ten na przeciwko mnie był pełen ludzi. Mark wziął mnie za rękę i razem przeszliśmy na drugą stronę. 
- Witaj w moim świecie. W świecie na lepsze, ciekawsze i piękniejsze jutro. - powiedział z uśmiechem. Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
Koło nas pojawiły się dwie osoby. Były to te same postacie, które spotkałam kilka dni temu koło ogromnych drzwi.
- Witaj bracie.  - powiedział chłopak. Tym razem jego długie włosy związane były w koka.
- Witaj. Och, przepraszam. Powinienem was ze sobą poznać. Rose, chciałbym przedstawić ci moje rodzeństwo: Alexa i Nine.
- Hej Rose. Miło, że do nas wpadłaś. Chodź, pokażę ci fajne miejsca. - mała dziewczynka złapała mnie za rękę.
- Idź. Pozwiedzaj. Spotkamy się później. - powiedział Alexy - Ja muszę i tak porozmawiać z Markiem, więc i tak bym ci go zabrał na pewien czas. - uśmiechnęłam się.
- Nina to gdzie idziemy? - zapytałam ciekawa.

"Każdy dzień to nowa historia"... Dziś mogę powiedzieć, że to prawda. Od kilku dni każdą wolną chwilę spędzam w tym miejscu. Codziennie poznaje coś innego…

Koniec

Wyrocznia

czwartek, 29 października 2015

Z dna smoczej szuflady

  Przepraszam, że znowu was torturuję, ale jak coś zacznę, to kończę. (jutro może zakończę opowiadanie Wyroczni). W sumie to wina mojego napiętego grafika i to, że nie chcę siedzieć całą noc nad robotą, tylko chce się te pięć godzinek przespać... No więc jest opowiadanie moje a nie naszej Wyoroczni kochanej =). PRZEPRASZAM XD
Więc znowu: miłego śmiania się! =)


"Obdarzeni"
część II

Wyszła z biura i pojechała na podany adres. Zaparkowała swój samochód przed wysokim blokiem. Wysiadła i zerknęła na kartkę z adresem, a potem popatrzyła na budynek i ciężko westchnęła. Jej cel znajdował się na ostatnim piętrze.
Mam nadzieję, że jest winda – pomyślała. Niestety winda była zepsuta. Emmy ze zmartwieniem uświadomiła sobie, że musi się wdrapywać po schodach na samą górę i stwierdziła, że nie ma na to ochoty. Rozejrzała się wokół i gdy zobaczyła że nikogo nie ma użyła swojej mocy. Zniknęła. Stała się, wraz z wszystkimi rzeczami, które miała przy sobie powietrzem. To była właśnie jej moc, żywioł – powietrze. Będąc cichym i lekkim powiewem wiatru przeniosła się na górę, tuż pod drzwi pisarki. Zanim znów wróciła do ludzkiej formy wyczuła coś dziwnego. Ta dziewczyna, ta autorka niezbyt udanych książek nie była zwykłym człowiekiem. Miała jakąś dziwną moc, jednak była ona ukryta przed wzrokiem Emmy w mroku.
No cóż – pomyślała. Trzeba będzie się pilnować. Wróciła do swej ludzkiej formy i zapukała do drzwi. Po chwili usłyszała huk, brzdęk tłuczonego szkła i dość głośne przekleństwa.
Gdy wreszcie drzwi się otworzyły, Emmy zobaczyła czarnowłosą dziewczynę w dresach i za dużej bluzce, potarganych włosach i rękach ubrudzonych ketchupem.
- Dzień dobry – powiedziała Emmy, starając się zachowywać normalnie. - Jestem z wydawnictwa. Nazywam się Emmy Turner.
- Dzień dobry, prze... pani. Przepraszam, że musiała pani tyle czekać. Ja jestem Karai – odpowiedziała, zapraszając gestem ręki do środka. Emmy ujrzała prawdziwe pobojowisko. Mieszkanie składało się z pokoju z aneksem kuchennym i z małej łazienki. Gospodyni próbowała choć trochę uprzątnąć dom, kopiąc wszystkie rzeczy leżące na podłodze na jedną kupkę. Otwarte drzwi do łazienki zamknęła nogą, próbując jednocześnie rozczesać włosy. Zamiast wyglądać lepiej, całe wybrudziły się czerwoną mazią. Dziewczyna siłowała się jeszcze chwilę ze swoimi coraz bardziej potarganymi kosmykami, aż w końcu otworzyła z hukiem łazienkę i zapakowała swoją głowę pod prysznic. Spłukała ketchup z włosów i rąk i ociekając wodą wróciła do zdezorientowanej Emmy.
- Jadłam śniadanie – powiedziała, jakby chciała się usprawiedliwić.
- Jadasz śniadanie o wpół do czwartej? - zapytała lekko zdziwiona.
- No jakoś tak wyszło. Przyjechała pani po rękopis, prawda? Już go pani daję, gdzieś tu go położyłam, zaraz znajdę – trajkotała, szukając swojej pracy w stercie papierów leżących na podłodze.
- A więc jesteś pisarką, tak? Piszesz fantastykę. Twoje postacie są dość oklepane i stereotypowe jeśli chodzi o charakter, lecz jeśli chodzi o ich umiejętności i moce, to tę stronę niesamowicie opisałaś, jakbyś miała w tym jakieś doświadczenie. Jesteś czarownicą, wampirem? Masz swoją grupę? - zapytała Emmy prosto z mostu. Wiedziała, że dziewczyna ma jakąś mroczną moc i była lekko zirytowana tym, że nie wiedziała z kim ma do czynienia. Karai wyprostowała się i podeszła do Emmy lekko zaskoczona i przestraszona.
- Nie jestem istotą magiczną. A nawet jeśli bym była to w grupie nie chcę być – odpowiedziała ostrożnie, patrząc w oczy Emmy. - A tu ma pani rękopis. Do widzenia – powiedziała odprowadzając ja do drzwi.
- Do widzenia – Emmy miała już pewność. Nadnaturalna. Jednak nie rozumiała, dlaczego jej nie rozpoznała, nie wyczuła. No cóż, trudno. Choć nie wydaje mi się, żeby brak wsparcia grupy osób sobie podobnych był czymś bezpiecznym. Następnym razem powiem jej prawdę, teraz jest zbyt przerażona.
Nie zmieniła się tylko szybko zbiegła po schodach. Wsiadła do samochodu i odpaliła silnik. Ruszyła z piskiem opon i opuściła parking. Droga była pusta, więc w kilka sekund rozwinęła prędkość do 200km/h. Zastanawiała się co zrobić z tą dziwną autorką beznadziejnych książek.
Nagle, na drodze zmaterializował się mężczyzna. Emmy wcisnęła pedał hamulca, ale nie zaczęła skręcać na szerokie pobocze i w momencie, w którym powinna uderzyć w tajemniczego pana, on zniknął. Samochód powoli zwalniał, aż w końcu zatrzymał się a mężczyzna znów się pojawił.
- Dziewczyno, chcesz mnie zabić? Dlaczego nie skręcisz tą czarną zarazą? - wykrzykiwał.
- Chcieć, to ja bym chciała ale nie mogę cię zabić. A nie skręciłam, bo mogłabym sobie moje cudeńko zarysować.
- Cudeńko!!!? Raczej złom – powiedział chłopak.
- Odczep się. Czego chcesz? - warknęła wściekła Emmy.
- Czy to tak ładnie się odzywać do swojego patrona, dawcy życia, dobroczyńcy etc., itp., itd.? - kpił młodzik i przeniknął na siedzenie obok Emmy.
- Że niby ten palant ma być „dobroczyńcą”? Dobry żart... - odezwał się głos z tyłu samochodu.
Emmy odwróciła się gwałtownie i ujrzała kolejnego nieproszonego gościa w swoim „cudeńku”.
- No nie ! No, co to? Zjazd sobie urządziliście w moim aucie? Chciałam do domu wrócić... - jęknęła. - Jack, co ty tu robisz? - zwróciła się do chłopaka siedzącego z tyłu.
Był to blondyn z włosami do ramion związanymi w kucyka, w ciemnych jeansy i szkarłatnej bluzie. Jego oczy błyszczały z podniecenia gdy zaczął mówić:
- Znalazłaś super ekstra rzadki gatunek!! Tak jak ty zostałaś obdarowana przez boga zachodniego, pechowego wiatru Eurosa, a ja przez Zeusa, tak to dziewczę, u którego byłaś zostało obdarowane mocą przez boginie Nyks. Rozumiesz? Ona nigdy nie mieszała się do świata zwykłych, szarych ludzi. Zawsze wybierała jakiś bandytów. A jaką ma moc!!! Kiedy się ciebie wystraszyła to nawet ja poczułem! – nawijał podekscytowany.
- Dobrze, a co on i ja mamy do tego? – Emmy wskazała na mężczyznę siedzącego obok niej.
Wyglądał na około dwadzieścia osiem lat. Miał na głowie czerwonego irokeza, czarną skórzaną kurtkę i takież spodnie, a stopy zdobiły również czerwone glany.
- Mamy tam wrócić i zabrać ją ze sobą. Znaczy ja i ty, bez niego – odpowiedział Jack.
- Ty jesteś szefem naszej grupy, to załatwiaj se to sam – odpowiedziała już dobrze wkurzona Emmy.
- No i właśnie w tym miejscu przydam się ja – mężczyzna siedzący obok Emmy spojrzał na nią. - To jest rozkaz. Ja, Euros, twój patron rozkazuję ci iść ze swoim przywódcą i spełnić swoją powinność wobec grupy jako zastępca i prawa ręka wodza.
- Ojejciu, po co tak formalnie? - żachnął się Jack. - Em, po prostu cię potrzebuję, bo sam mogę sobie z nią nie poradzić, a mimo iż ja jestem przywódcą, to twoje umiejętności robią dużo większe wrażenie.
- Dajesz tak dalej, pochlebstwami daleko zajdziesz – mruknął Euros.
- Kurde, co ja jestem?! Chłopiec na posyłki?! – warknęła Emmy i odpaliła silnik. Wykręciła z ostrym hamowaniem, bardzo niemiłym dla pasażerów. Zawróciła i dodała gazu.
- Łatwo poszło. No to skoro już wszystko wyjaśnione to ja się zmywam. Powodzenia! - Euros zaczął się rozmywać i w końcu zniknął.
 - No i jak za dawnych czasów, kotku – powiedział Jack przełażąc na przednie siedzenie. – Nie mów do mnie „kotku”! - krzyknęła Emmy, a chłopak zaczął się głośno śmiać.

Ciąg dalszy nastąpi...

Smoczyca

środa, 28 października 2015

"Każdy dzień to nowa historia" część II

I obiecana część druga. Mam nadzieję, że trochę lekkiej historii pomoże wam oderwać się od rzeczywistości =).
Miłego czytania części drugiej "Wyrokowania"
Smoczyca

Ps. Pamiętajcie, że oprócz patrzenia w duże zielone oczy ważne jest jeszcze patrzeć na włosy!


"Każdy dzień to nowa historia"
część II

Kolejny dzień minął, a ja go nie spotkałam…
***
Następny dzień był taki sam. Szkoła, park, dom. Cisza… Tak jakby ten chłopak w ogóle nie istniał…
***
Znów go nie spotkałam…
Dziewczyny postanowiły, że weekend spędzimy razem. Pewnie będziemy chodzić po sklepach.
***
Została mi już ostatnia lekcja - wf.
- Rose, chodź już, bo się spóźnimy. - powiedziała Kesha. Dziewczyna pociągnęła mnie w stronę szatni.
Na w-f'ie grałyśmy w siatkę. Byłam w całkiem fajnej grupie. Zoe już po pięciu minutach gry upadła tak, że zdarła sobie kolana. Lekcja minęła całkiem szybko, a drużyna w której byłam wygrała. Poszłam do szatni, przebrałam się. Zaczęłam iść w stronę wyjścia, gdy nagle za mną usłyszałam, jak ktoś zawołam mnie. 
- Hill, czekaj na nas! - krzyknęła Kesha. - Co ci się tak śpieszy? Nie zapomniałaś, że idziesz z nami?
- Nie, nie zapomniałam. Chciałam poczekać na was przed szkołą.
Wyszłyśmy razem. Przed szkołą było jakieś zamieszanie. Grupka ludzi stała w kółku. Razem z dziewczynami postanowiłyśmy podejść bliżej i zobaczyć co się dzieje.
W środku zgromadzenia stały jakieś osoby. Gdy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że jest to Mark. Chłopak dziś ubrany był w białą bluzkę, czarną kurtkę i dżinsy. Zielonooki zaczął iść w moim kierunku. Stanął przede mną i powiedział, uśmiechając się:
- Hej Rose. Miło mi cię znów widzieć. - dziewczyny spojrzały na mnie zdziwione.
- Hej. Dawno się nie widzieliśmy. - odpowiedziałam. 
- Tak, to prawda. - spojrzał na obie postacie stojące koło mnie, a później swoje zielone oczy skierował na mnie. - Czy mógłbym z tobą porozmawiać?
- Tak. - powiedziałam kiwając głową, po czym zwróciłam się do swoich przyjaciółek - Dziewczyny, zadzwonię do was i się zgadamy, ok? - dodałam.
- Jasne. To papa. - powiedziała Kesha, ciągnąc Zoe za rękę. Niezdarna dziewczyna pomachała mi na pożegnanie. 
- O czym chciałeś porozmawiać? - zapytałam. 
- Możemy iść do parku. Tam będzie spokojniej. 
- Jasne.
Szliśmy razem w ciszy. Żadne z nas się nie odezwało. Byłam szczęśliwa, że mogłam jeszcze raz zobaczyć te oczy. Weszliśmy do parku, usiedliśmy na jednej z ławek.
- Rose, przepraszam cię, iż nie spotkałem się z tobą wcześniej. Niestety nie mogłem. - powiedział smutnym głosem.
- Nic się nie stało. - uśmiechnęłam się.
- Czy masz już plany na jutro? 
- Tak jakby. Razem z Keshą i Zoe mam chodzić po sklepach. 
- Aha. A w niedzielę?
- W niedzielę? - zamyśliłam się na moment, by przypomnieć sobie, czy nie mam żadnych planów. Po chwili jednak odpowiedziałam - Wydaję mi się, że jestem wolna. A po co się pytasz? - zapytałam.
- Czy nie chciałabyś spędzić tego dnia ze mną? Chciałbym cię lepiej poznać. Jesteś moją jedyną przyjaciółką z tego świata. 
- Z tego świata? - chłopak opuścił głowę. 
- Wyjaśnię ci to w niedzielę, dobrze? 
- Dobrze. To o której i gdzie się widzimy? - zapytałam się.
- Czy pasuje ci spotkanie się tutaj, o godzinie dziesiątej? 
- Jasne.
Siedzieliśmy tak razem do wieczora. Rozmawialiśmy na różne tematy. Mark postanowił, że mnie odprowadzi. Nie wiem czemu, ale nie chciałam się z nim rozstawać. Przed domem staliśmy jeszcze z 20 minut, po czym pożegnaliśmy się.
Gdy weszłam, przypomniałam sobie, że mam zadzwonić do dziewczyn. Wzięłam komórkę i wystukałam numer Keshy. 
- Hej Kesh. - powiedziałam
- Rose, tłumacz się. Skąd go znasz. Kto to jest? Czy chodzicie ze sobą? Czemu ja nic nie wiedziałam, że masz koło siebie takiego chłopaka? - Kesh zadawała coraz więcej pytań, które dotyczyły Mark’a. Niestety nie umiałam na wszystkie jej odpowiedzieć, bo nie wiedziałam aż tylu rzeczy na jego temat.
Gdy skończyłam rozmowę, wiedziałam dwie rzeczy. Po pierwsze: jutro o godzinie dziewiątej mam się spotkać z dziewczynami. Po drugie: zrozumiałam, że tak naprawdę nic nie wiem o Mark’u.



Wyrocznia

wtorek, 27 października 2015

"Każdy dzień to nowa historia" część I

Jako, że dziś mam coś normalnego, to wstawiam to opowiadanie Wyroczni. Moje opowiadanie, w którym nawet jeszcze nie zaczęło się nic dziać, wkrótce dostanie swoje pięć minut i wstawię resztę, ale ostrzegam, moje jest trochę długawe. A na ciąg dalszy opowiadania Wyroczni czekajcie już jutro =).
Miłego czytania!
Smoczyca


"Każdy dzień to nowa historia"
część I

"Każdy dzień to nowa historia"... Pewnie każdy z was to słyszał. Jeszcze jakiś czas temu powiedziałabym, że te słowa nie są prawdą. Przez 16 lat żyłam w jednym miejscu - Dream Town.
Nic się nie zmieniało, wszystko było takie same.
Od kilku dni uczęszczam do nowej szkoły.
Jestem przeciętną nastolatką… Bynajmniej tak sądziłam do czasu spotkania tych zielonych oczu…


Tydzień wcześniej.


Jak zwykle wybierałam się do szkoły. 
- Rose, nie zapomniałaś niczego? - zapytała mama.
- Wszystko wzięłam. Nie musisz się martwić. 
- Dobrze... Pamiętaj o śniadaniu.
Wyszłam z domu. Szłam przez piękny park, który znajduje się dwie ulice dalej od mojego domu. Nigdy nie mogłam zrozumieć, że takie śliczne miejsce może być puste. Nikt tu nie przychodził. Składa się on z dwóch części, które oddziela od siebie stara, zamknięta na klucz, brama.
Po piętnastu minutach byłam już pod szkołą. 
- Hej Ros! - powiedziała zielonooka dziewczyna, która właśnie weszła w słup. Była to Zoe. Jej fioletowy płaszcz i niebieskie spodnie były całe w błocie. Brązowe włosy miała ozdobione liśćmi. Pewnie upadła. Jak zwykle nie patrzyła, gdzie idzie. Każdy się przez to boi, że w pewnym momencie jej zachowanie źle się skończy. 
- Nic ci nie jest?
- Nie, nic się nie stało. Wiesz, to przecież norma. - patrzyłam z niedowierzaniem na Zoe. Nie rozumiałam jej. Przez to mogła sobie coś zrobić, ale jej to nie obchodziło. 
- Rose, słyszałaś już nowe wieści? 
- Nie. Czy to coś ważnego? - zapytałam się. Szczerze, nie interesowała mnie żadna nowa wiadomość o tym, że ktoś zaczyna ze sobą chodzić czy ktoś inny kupił sobie coś fajnego. 
- Do miasta wprowadziła się nowa rodzina. Podobno Państwo Wood mają dwie córki i trzech synów. Z tego wszystkiego najlepsze jest to, iż dwoje z ich dzieci jest w naszym wieku. Fajnie nie? Nowi znajomi. 
- Yhy. Kesha ci powiedziała? To coś nowego, że ja tego jeszcze nie wiedziałam… A właśnie gdzie ona jest? Nie miała przyjść z tobą?
W tym momencie podeszła do nas wspomniana wcześniej dziewczyna. Miała na sobie skórzaną kurtkę, czarne rurki i niebieskie buty, które były tego samego odcieniu co jej oczy. Włosy związane miała w warkocz. 
- Hej Rose. Muszę powiedzieć ci coś ważnego. 
- Hej. Jeśli chodzi o nową rodzinę to właśnie się dowiedziałam. Za to ja mam pytanie: gdzieś ty była?
- Musiałam dowiedzieć się czegoś więcej na temat nowych uczniów. - powiedziała Kasha z niezbyt zadowoloną miną. 
- I czego się dowiedziałaś? - zapytałam trochę ciekawa. Miałam nadzieję, że rodzina ta będzie fajna i miła. Keshę pewnie interesowała inna rzecz. Miała aż trzech nowych chłopaków. Mogę się założyć, że cieszyła się z tego powodu. 
- Z tego co wiem, nikt nowy nie przepisał się do naszej szkoły. Jest to trochę dziwne. 
- Pewnie muszą się najpierw rozpakować, ogarnąć wszystko, a dopiero później się zapiszą. - powiedziała Zoe. W tym momencie było to jedyne logiczne rozwiązanie tej sytuacji.
Lekcje minęły mi spokojnie. Nic się nie działo.
Wracałam przez park. Jak zawsze siadłam na jednej z ławek i wsłuchiwałam się w ptasi śpiew. Zamknęłam oczy i zaczęłam rozmyślać, co znajduje się po drugiej stronie bramy. Pamiętam, jak w dzieciństwie próbowałam różnych sposobów na przedostanie się do tej tajemniczej części parku.
Usłyszałam kroki, otworzyłam oczy i zauważyłam chłopaka, który kierował się w moją stronę. Miał on czarne włosy. Ubrany był w niebieską bluzę, szare spodnie i w czarne adidasy, a z każdym krokiem mogłam wyraźniej zobaczyć jego duże, zielone oczy. Były piękne. Mogę powiedzieć, że zakochałam się w tych przecudownych oczach. 
- Przepraszam. Jestem Mark Wood. Kilka dni temu wprowadziłem się tutaj. Wybacz, że ci przeszkadzam ale chciałbym się ciebie zapytać o jedną rzecz. Wiesz może w którą stronę trzeba się udać, by znaleźć bramę Dream? - zapytał chłopak. 
- Brama Dream? Pierwszy raz o takiej słyszę. Może wiesz coś więcej o niej, na przykład jak wygląda?
- Nie wiem, ale posiadam informacje, że podobno znajduję się ona w tym parku. 
- Jedyną bramą, jaka jest tu, to taka stara, zamknięta. Jeśli chcesz to mogę zaprowadzić cię do niej. - powiedziałam. Chłopak uśmiechnął się i pokiwał głową.
- Ucieszę się twoim towarzystwem. Przepraszam, ale chciałbym znać twoje imię. Czy jest taka możliwość?
- Nazywam się Rose Hill. 
- Miło mi cię poznać.
Szliśmy z pięć minut. Gdy znaleźliśmy się już na miejscu, zauważyłam, że pod bramą stoją dwie osoby. Jedną z nich była niską dziewczynką. Miała długie szare włosy, fioletowe oczy i czerwoną sukienkę. Na sam widok tego, jak była ubrana, przeszły mnie dreszcze. Jest zimno, a ona w samej sukience… Drugą postacią był wysoki mężczyzna ubrany w granatową koszulę i jasne dżinsy. Jego długie blond włosy powiewały na wietrze. 
- Dziękuję ci bardzo. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. - powiedział chłopak uśmiechając się. 
- Też mam taką nadzieję. - odpowiedziałam. Nie chciałam żegnać się z tymi pięknymi oczami. - Poradzisz już sobie? - zapytałam z nadzieją, że odpowie coś w stylu: Szczerze to chciałbym, abyś została jeszcze ze mną. Byłabym wtedy szczęśliwa. Bym miała te oczy na dłużej. 
- Tak, miło było Cię poznać. Do zobaczenia. - pożegnał się ze mną Mark.
- Do zobaczenia. - odpowiedziałam, a chłopak udał się w kierunku postaci stojących koło bramy.
Byłam trochę smutna. A co jeśli już nigdy go nie spotkam?  Przecież mieszka w tym samym miasteczku, co ja, więc na pewno go jeszcze zobaczę. Z takimi myślami w głowie ruszyłam do domu.

ciąg dalszy nastąpi...

Wyrocznia

poniedziałek, 26 października 2015

Z dna smoczej szuflady

 Ha! Brak czasu czasem się opłaca. Wybaczcie, że tak późno, ale jestem naprawdę zawalona robotą. Dlatego powiem szczerze, że jakoś NIKT nie obdarował mnie ostatnio uwagą, a mój mail nie został zawalony żadnymi pracami na bloga, więc zostałam postawiona pod ścianą. Patrzę teraz smętnie na rzeczy, które muszę zrobić, na zegarek, na blog... Wiersze nadające się na bloga mam tylko na papierze=trzeba przepisać=za dużo czasu mi to zabiera=ODPADA. Zdjęcia=wstawić znak wodny=za dużo czasu mi to zabiera=ODPADA. Napisać coś=za dużo czasu mi to zabiera=ODPADA. Zostaje mi tylko stworzyć coś z niczego w okresie 10 minut.... I wygrzebałam... Stare opko.... KOSZMARNE! Przepraszam was szczerze, ale to nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego... Ale cóż, przynajmniej będziecie mieli ze mnie ubaw XD.
 Pozdrawiam was i życzę dużo śmiechu, bo śmiech to zdrowie!

"Obdarzeni"
(Skąd ja taki tytuł wytrzasnęłam? Tego nigdy się nie dowiemy...)
  część I

 Emmy obudziła się zaledwie koło południa. Budzik dzwonił cicho. Wstała i rozejrzała się po ciemnym pokoju, w którym panował półmrok przez zasłonięte ciężkimi kotarami okna. Ubrała się tak jak zwykle, w czarne spodnie i białą koszulę, zeszła na dół swojego piętrowego mieszkania. Było ono utrzymane w beżach i brązach, a na ścianach wisiało dużo obrazów, czasem całkiem znanych malarzy. Poszła do kuchni i zrobiła sobie śniadanie, takie samo jak zawsze: kawa z półtorej łyżeczki (pół na pół z mlekiem) z trzema kostkami cukru oraz owsianka z karmelem i sosem malinowym. Zjadła w milczeniu i zaczęła szykować się do pracy. Zabrała dokumenty, które miała na dziś przetłumaczyć i zastanowiła się. Miała dziś w biurze dwugodzinną przerwę, więc trzeba wziąć jakąś książkę. Z westchnieniem ruszyła znów na górę. Weszła przez drzwi na lewo do ciemnego pokoju.
 Szczerze mówiąc, nie był to pokój lecz biblioteka - labirynt regałów, na których wszystko było idealnie poukładane. Zaczęła się zastanawiać, co ma ochotę dziś przeczytać. Nic nie przychodziło jej do głowy i z zamyśleniem błądziła wśród dzieł literatury spoglądających na nią z zainteresowaniem z zakurzonych okładek.
 Po długiej chwili marzeń spojrzała na zegarek i o mało nie krzyknęła z przerażenia. Miała tylko godzinę, żeby dojechać do pracy! Pomińmy fakt, że do siedziby wydawnictwa dla której pracowała, miała pół godziny drogi pieszo, a przecież zawsze jeździła swoim pięknym, czarnym Fordem Mustangiem GT 500 Shelby, który na prostej drodze mógł osiągnąć prędkość 200 km/h w paręnaście sekund (pomińmy fakt, że na niewiele jej się to zdawało przy obecnym stanie dróg i przy takich korkach, jakie zawsze były w mieście, szybciej byłaby w pracy idąc na nogach). No, ale cóż, niektórzy nie znoszą się spóźniać. Zaaferowana już Emmy chwyciła pierwszą lepszą książkę z półki zatytułowanej „Nowości” i szybko wyszła z biblioteki. Zbiegła po schodach, prędko wrzuciła książkę do czarnej torebki, nie patrząc nawet na tytuł, złapała żakiet i wystrzeliła z domu jak z procy. Dopadła swój nowy cud mechanizacji w garażu i szybko ruszyła do pracy.
 Dojechała tam z czterdziestopięciominutowym wyprzedzeniem. Weszła do jak zawsze uporządkowanego biura, wypakowała wszystkie dokumenty i wyjęła książkę, żeby w spokoju poczytać, czekając na szefa i resztę współpracowników.
- „Samotność ciemności”? A cóż to u licha? Ja kupowałam taką książkę? - szepnęła zdziwiona, bo i tytuł, i nazwisko autorki było jej zupełnie obce.
- Dobrze, zobaczymy, co to takiego.
Szef i cała reszta jak zwykle się spóźnili, więc zdążyła już prawie dobrnąć do połowy tego trzystustronowego dzieła. Dzieła? Raczej czytadła, no ale cóż, gusta są różne.
Do pokoju wpakowała nagle cała chmara ludzi z ich wrzaskliwym dyrektorem na czele. Emmy byłaby w stanie nawet go polubić, gdyby tyle nie gadał. Zdecydowanie wolała ludzi milczących.
Harmider, szuranie krzeseł, powitania. Nareszcie wszyscy usiedli i dyrektor zaczął rozdzielać im dzisiejsze zadania, jednak pominął Emmy, która lekko się zdziwiła. Zawsze jej praca była wymagająca i najczęściej dostawała zlecenia trudniejsze niż reszta współpracowników, ale dziś szef zupełnie ja ominął. Gdy wszyscy zaczęli się już rozchodzić, dyrektor podszedł do dziewczyny i poprosił ją ze sobą. Usiedli w jego gabinecie i mężczyzna powiedział:
- Pewnie jesteś zdziwiona, moja najlepsza pracownico, że cię dziś pominąłem, prawda? - i wiedząc, że Emmy nie lubi rozmawiać, ciągnął. - To z powodu, że zobaczyłem co czytasz – powiedział, wskazując na książkę, którą dziewczyna wciąż trzymała w swoich rękach.
- Widzę, że już dość dużo przeczytałaś. Podoba ci się? - zapytał, czekając na odpowiedź.
- Nie powiem, żeby było to arcydzieło, ale fabuła całkiem niezła. Autorka powinna popracować nad stylem oraz charakterami bohaterów, bo są oni no cóż... okrojeni – powiedziała Emmy.
- Ale ogólnie może być, prawda? Zresztą, to już nie ważne, bo wszystkie dzisiejsze zadania rozdzielone, a tego tłumaczenia nie mam komu dać. Pojedziesz do domu tej autorki i odbierzesz kolejny tom jej książki. Na tłumaczenie będziesz miała dowolną ilość czasu, ale liczę, że szybko się z tym uporasz. Jedziesz?
- Oczywiście, dyrektorze – odpowiedziała i szybko wstała. Wychodząc, usłyszała jeszcze krótkie ostrzeżenie.
- Tylko uważaj na tą autorkę, bo jest dość specyficzna, ale ty też taka jesteś, więc się powinniście dogadać. Emmy odeszła nie reagując na złośliwą uwagę szefa. 


Ciąg dalszy nastąpi... (oh, jak ja nie znoszę tych trzech słów XD)


Smoczyca (znaczy ja się do tego nie przyznaję....)

niedziela, 25 października 2015

Bezdomny bóg, laska z ogonem i nastolatek/miecz we własnej osobie, czyli recenzja anime „Noragami”

Dzisiaj JA! (A co tam, kiedyś trzeba XD). Dzień wolny był wczoraj, bo miałam doła, więc robię wyjątek i wstawiam w niedzielę.
Miłego czytania!

„Noragami”

Noragami 

Jestem na świeżo po genialnym anime „Noragami” (skończyłam je oglądać 2 minuty temu, dosłownie XD), więc chce was zachęcić, bo anime warte zobaczenia!

„Yato codziennie ubiera się w ten sam znoszony dres, sypia pod gołym niebem na ołtarzu rzadko odwiedzanej świątyni i za symboliczny datek w wysokości pięciu yenów podejmuje się każdego zadania. Czasem na błysk wysprząta czyjąś łazienkę, a czasem odnajdzie zaginionego kociaka czy zastąpi chorego pracownika na nocnej zmianie. Od czasu do czasu jednak trafiają mu się poważne zlecenia, podczas których musi dobyć broni i rozprawić się z nękającymi niewinnych ludzi złymi duchami. Yato jest bowiem... bogiem, a bycie bogiem w Japonii, przy tak licznej konkurencji, to ciężki kawałek chleba. Choć trudno z nim wytrzymać, przez większość czasu towarzyszą mu Hiyori, kochająca się w profesjonalnym wrestlingu nastolatka, której obiecał pomóc z dosyć nietypowym problemem, oraz niesforny Yukine, młody chłopak o buntowniczych skłonnościach.”

  
Szczerze, kiedy na nie wpadłam, to… nie wiem, dlaczego na nie zwróciłam uwagę. Zaczynając oglądać nawet nie zerknęłam na opis (jak teraz go przeczytałam, to mocno się zdziwiłam). Miałam po prostu ochotę coś obejrzeć, to mi się wpakowało pod łapy, więc obejrzałam i nie żałuję. Myślałam, że będzie to płytkie shojo, z jakąś denną fabułą, głupią główną bohaterką i niemyślącym przystojnym facetem. Jeśli ktoś tego oczekuje, to znajdzie tylko głupią bohaterkę, jedną z głównych postaci.
 Ogólnie anime opowiada historię praktycznie nikomu nie znanego boga Yato i Hiyori, która przez przypadek potrafi wyleźć z własnego ciała i latać po mieście z ogonem, właśnie przez to, że pomogła raz naszemu nieszczęsnemu Panu z Dalekiego Wybrzeża. Poznajemy go, gdy walczy z ayakashi, czyli złymi duchami przy użyciu Świętej Broni (cudeńko! Ja chcę taki prezent!). Ale potem ta broń wypowiada mu posłuszeństwo i Yato chcąc nie chcąc musi ją oswobodzić. Tak dla ścisłości dodam, że te bronie przybierały też ludzką postać, a jak miały walczyć to stawały się, np.: kataną, pistoletem, lwem czy paskiem XD. Więc ogólnie nasz bóg zostaje bezbronny. Gdy ucieka wraz z Hiyori przed jednym z ayakashi znajduje sobie Świętą Broń. Staje się nią młody chłopak Yukine, który jest typowym nastolatkiem. O jak jestem przy tym, to może pokrótce omówię trójkę głównych bohaterów!

Yato – bóg wojny i zniszczenia (no patrzcie państwo, a nie wygląda XD). Arogant, dupek totalny normalnie, świnia, egoista, egocentryk i by można wiele o nim jeszcze niemiłych rzeczy powiedzieć. Takie wrażenie sprawia przy pierwszym spotkaniu, ale potem… Ilu znacie ludzi, którzy pod maską złości i wredoty ukrywają to, że są samotni? Ja wielu. Yato był samotny. Od zawsze porzucany, nigdzie nie chciany, nie kochany, nie wielbiony. Przerąbany taki los. Zwłaszcza jak dla boga. Ale gdy do życia wtrąca mu się Hiyori a potem Yuki, to chłopaczyna się zmienia i to bardzo. Poświęca się dla przyjaźni i dla bliskich mu osób znosi ogromny ból (później do tego jeszcze wrócę). Ogólnie staje się całkiem spoko, a ja to go tam od początku lubiłam.

Yuki/Sekki – Święta Broń. Podałam dwa imiona, ponieważ przy zmianie, w jego przypadku w długą katanę, używa tego drugiego. Powiem tak: typowy nastolatek. Buntuje się, zachowuje się BARDZO nieodpowiedzialnie, egoista itd.  Na początku jest naprawdę kolejnym debilem (same debile w tym  anime XD), nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo swoim zachowaniem rani innych (do tego też wrócę później). Oczywiście potem dostaje niezłą nauczkę i się bardzo zmienia, w ogóle staje się takim  uroczym i niewinnym dzieckiem XD.

Hiyori - …….. Jak by ją Harpia nazwała: Mary Sue. Mi do końca do tej roli nie pasuje. Owszem, nie jest zbyt inteligentna, ale… nie mogę jej nie lubić. Może po tym, jak po raz setny uratowała Yato i Yukiego w ostatnim odcinku zyskała sobie moje uznanie… Nie wiem. Ogólnie głupia i wścibska baba, która sądzi, że potrafi uratować świat.

Dobra, a teraz trochę o tym, czego anime uczy i co nam pokazuje. Jest ono ogólnie o samotności. Samotności tak dużej, że przemienia się ona już w zgryźliwość, chamstwo, radość ze szkodzenia innym. Pokazuje nam, że każda istota potrzebuje miłości i wsparcia. Przyjaźń, którą główni bohaterowie obdarowują siebie nawzajem zmienia ich wszystkich, pomaga odnaleźć swoją drogę i naprawić wyrządzone błędy.
 Anime bardzo dobrze pokazuje też, jak można zamknąć się we własnym cierpieniu i nie pozwalać sobie pomóc. Skupiamy się na sobie, na tym co MNIE boli, co MNIE rani, co MI nie pasuje, czego JA się boję, co MI się dzieje złego. Zapominamy o innych, nie dopuszczamy do siebie myśli, że gdybyśmy chcieli, to wiele rzeczy, które nas ranią, możemy sami zwalczyć lub przedstawiamy je po prostu w złym świetle i to wcale nie jest złe, tylko dla nas niewygodne. Nie pozwalamy też, aby inni nam pomagali, bo uważamy, że tylko nas jeszcze bardziej skrzywdzą. Anime pokazuje, jak taki mur zostaje zniszczony, a osoba, która się w nim uwięziła wraca do normalnego życia (jeśli u istot nadnaturalnych takie coś istnieje).
Jest jeszcze tu genialnie pokazane to, że jeśli cierpimy i/lub sprawiamy komuś innemu ból, robimy coś złego, to odbija się to na bliskich nam osobach. W anime jest to pokazane bardzo wyraźnie za pomocą magicznego połączenia Broni i jej Pana, ale w naszym rzeczywistym świecie też występuje taka zależność. Gdy jedno robi coś złego, drugie, bliskie pierwszemu, cierpi. W przypadku anime, nie doprowadziło to o mało do śmierci obu postaci, jednak dzięki sile przyjaźni i chęci życia, normalnego życia, udało się ocalić obydwu bohaterów, a złego uzdrowić i oczyścić z win.
Tak jeszcze tylko napomknę, że dobrze pokazano też honor i oddanie. Jedna ze świętych broni, która należała do osoby, która chciała zabić Yato była mu coś winna i mimo iż teoretycznie byli wrogami, to gdy nasz główny bohater był w potrzebie, pomógł mu. Ba! Nawet własne życie narażał! (Tak przy okazji, gość był Z-A-R-Ą-B-I-S-T-Y!!! XD)

No więc tyle o zaletach, jeszcze napomknę o jednym czy dwóch minusikach.
Zacznijmy od pierwszego. Ekhem… Ja jestem Tchórzosmoczkiem i powiem szczerze, ayakashi w niepełnej formie mnie przerażały. Duchy, które nie wyglądały jak żaby czy skorpiony w swojej całkowitej postaci, mnie przerażały (szczególnie ta mała dziewczynka i to jej oko… Brrrrrr, aż teraz mam ciarki). Czasem główny bohater mnie przerażał. Yuki też mnie czasem przerażał (konkretnie to raz, przy jeden scenie). Jeśli ktoś ma słabe nerwy tak jak ja, to nie radzę oglądać przy zgaszonym świetle o drugiej w nocy tak jak ja!
Po drugie - zakończenie…………… Agh! Powiem wam tak: gdyby to ja była twórcą, to z tego jednego sezonu zrobiłabym dwa. Wykasowałabym trzy ostatnie odcinki, przeciągnęła trochę akcję w czwartym od końca, dociągnęła do tej dwunastki, a z tych trzech, które mi zostały zrobiła całkiem nową serię. Bo tak jak jest teraz, to trochę sensu nie ma. Znaczy po prostu to się za szybko kończy! Pojawia się gość, robi zamieszanie a potem rachu, ciachu, parę machnięć Sekki i koniec.  Za szybko, za wiele wątków niewyjaśnionych i choć drugi sezon jest emitowany, to główny zły z poprzedniego sezonu już nie wróci, pewnie już wiecie dlaczego (ja wam nie powiedziałam, co mu się stało!). Więc jak dla mnie, sezon pierwszy ma trochę kiepskawe zakończenie, no ale cóż...

Podsumowanie: Obejrzałam, przeżyłam i cieszę się, bo anime mądre i pouczające. Naprawdę warte obejrzenia. Bardzo polecam, chyba, że szukacie lekkiego i płytkiego anime na dobranoc, to odradzam stanowczo!


Moja ocena:….. 9,97/10 (za krótkie i to zakończenie)


Smoczyca

piątek, 23 października 2015

"Byłyśmy jak siostry..."

 Mogę umrzeć, ma mnie kto zastąpić na świecie...
stara i nikomu niepotrzebna Smoczyca (no już, nie płacz. Zawsze możesz się na dzierganie przerzucić *podaje druty i bierze dla siebie kolejną parę* A ja ci pomogę! Wiesz może jak się to obsługuje czy przestaniemy się bawić i zrekonstruujemy mini bitwę pod Grunwaldem? Taką w wersji Light? H.) (*pociąga nosem i bierze druty* jak ty chciałaś tym szyć! to moje strzały od łuku miniaturki! S.) (... ... ... ... ...No to nam tylko Grunwald zostaje. Komm Ulrich! Będzie fajnie! H.) (... ... ... Jam nie Urlich, waćpanno. Jam jest to szlachetny Zbyszek z Boghdańca! S.) (Czyli to mnie znowu Krzyżacy przypadli? No trudno. Nie ma to jak sobie wieczorkiem, w ramach relaksu paść pod Grunwaldem... H.) (nie łam się... jak chcesz to możemy dla odmiany w odsiecz wiedeńską pograć... ale bądźmy w jednej drużynie! Niech drżą Polacy, gramy nową wersję Odsieczy! Podejście 19878963... Tym razem nam się uda was pokonać S.) (Okej! A jutro jedziemy z Napoleonem na Ruskich! Weź szaliczek! H.) (Ah, a ty nie zapomnij swojego kożuszka! a bierzemy coś dla Napolka, czy znowu pozwalamy mu marznąć? Miał taki śmieszny czerwony ten swój ogromny nochal S.) (Hmm.. Nie, Tym razem mu podpiłujmy obcasy! Ciekawe czy się skapnie! Dobra, ale powinnyśmy już kończyć, bo jak zawsze nasze rozmowy zajmują 80% postu xD H.) (jakieś urozmaicenie XD przynajmniej czuję się potrzebna do czegoś :* S.)



Byłyśmy jak siostry….

Byłyśmy jak siostry,
Na zawsze, od zawsze prawie tak się stało,
Lecz z siostrzanej miłości nic już nie zostało.
Nic, oprócz moich łez
Choć teraz już wiem, że ich nastał kres

Bo to co dla mnie jest ważne
Dla ciebie nie znaczy nic,
I wie to z moich uczuć każde,
Że źle było w przyjaźni z tobą żyć

Byłyśmy jak siostry,
W chwili każdej,
Tej złej, czy tej raźnej.
Lecz pewne złe chwile,
Oddaliły nas od siebie o mile

Bo to co dla mnie jest ważne
Dla ciebie nie znaczy nic,
I wie to z moich uczuć każde,
Że źle było w przyjaźni z tobą żyć

Byłyśmy jak siostry,
Zawsze  ramie w ramie,
Biegłyśmy  na pięknego życia spotkanie.
Lecz upadła z nas jedna,
A druga dalej pobiegła.

Bo to co dla mnie jest ważne
Dla ciebie nie znaczy nic,
I wie to z moich uczuć każde,
Że źle było w przyjaźni z tobą żyć

Byłyśmy jak siostry.
Ale dawno już to było,
I za ścianą cierpień się ukryło.
Byłyśmy jak siostry.
Siostry, które już dorosły.


Zuzu di Angelo

czwartek, 22 października 2015

"Oklepany temat" - recenzja filmu "Harry Potter i Komnata Tajemnic"

No i nareszcie i ja, i wy doczekaliśmy się tego, że nasza Zuzu coś napisała. Przeczytajcie jej recenzję i nie oceniajcie zbyt surowo, bo się wystraszy i znowu będę ją ścigać przez miesiąc, żeby mi coś wysłała.

 Pozdrawiam i miłego czytanka
Smoczyca



"Harry  Potter i Komnata Tajemnic"  



  Wiem że Harry Potter to oklepany temat, ale z okazji jego maratonu na TVN7  postanowiłam zrecenzować właśnie ten film.
   "Komnata Tajemnic" to już druga ekranizacja przygód młodego czarodzieja. Wyreżyserowana została przez Chrisa Columbsa i jest to jego drugi film z serii o Harrym Potterze. Produkcja powstała w 2002 roku na podstawie powieści J.K. Rowling. W główną role wciela się Daniel Radcliffe.
     Fabuła filmu jest dość rozbudowana, ale jednak brakuje mi w niej wielu wydarzeń z książki. Teraz pewnie połowa osób czytających to mnie znienawidzi, ale dla mnie gra aktorska w filmie była sztuczna aż do bólu. Rozumiem że odtwórcy głównych ról byli wtedy młodzi, mieli po 12/13 lat, ale jednak i większość dialogów, i mimika aktorów była przekombinowana. Wrażenie to potęguje polski dubbing, który dla mnie był wręcz okropny. Moim zdaniem w filmie jeden aktor idealnie odtworzył swoją role. Chodzi mi tutaj o Alana Rickmana grającego filmowego Severusa Snape’a. Przekazał widzą wszystkie emocje, które towarzyszyły mistrzowi eliksirów i dla tego dla mnie jest to najlepiej zagrana rola w całym filmie. Jest jednak w ekranizacji kilka rzeczy, które naprawdę ratują ten film.
  Scenografia i zdjęcia. Zazwyczaj tym dwóm szczegółom poświęca się dwa osobne "działy" w recenzji, ale ja postanowiłam umieścić je w jednym. Scenografia naprawdę podnosi poziom filmu. W połączeniu ze świetnymi zdjęciami daje niesamowity efekt. Widzowie często mogą poczuć się, jakby naprawdę byli z Harrym w Hogwarcie z Harrym, Hermioną (w tej roli Emma Watson) i Ronem (Rupert Grint), chodzili z nimi na lekcje, odkryli komnatę tajemnic i pokonali bazyliszka. Kolejną rzeczą, o której muszę wspomnieć, jest muzyka. Melodia, którą wszyscy znają, jest oczywiście obecna w tym filmie. Utwór pt. "Hedwig’s Theme" choć prosty i dość spokojny, doskonale oddaje fabułę każdego z filmów z tej serii. Najpierw, lub najsampierw jakby to powiedział Hagrid, jest spokojnie. Dopiero później akcja nabiera tempa, by przy końcu znów się uspokoić.
   Uważam że film nie był jakimś arcydziełem, jednakże muzyka i wspomniane wcześniej zdjęcia, i scenografia "naprawiły" tą produkcje. Jednakże Harry Potter był moją pierwszą książkową miłością, więc nie umiem ocenić tego filmu zbyt ostro.

Ocena: 7/10 punktów. Wiele osób pewnie się ze mną teraz nie zgadza, ale to tylko moja ocena i szczerze zachęcam do wystawienia własnej.

Zuzu di Angelo

środa, 21 października 2015

Drabble złośliwego pióra

Dziś bez wstępu bo powiem tak: Harpia szacun. Nic dodać, nic ująć :*.
Smoczi


Wygłodniałym wzrokiem rozejrzała się po korytarzu. Jak w każdy poniedziałek było tam
wiele osób. Pełno potencjalnych ofiar. Ona wyszukiwała tylko tych z wypchanymi kieszeniami plecaków po bokach lub małej przedniej. Musiała również znać swój cel.
  Spośród morza głów wzrokiem wyłapała kogoś interesującego. Blondwłosy chłopak przedzierał się przez tę falę uczniów i spokojnie skierował się w głąb korytarza.
  Uśmiechnęła się pokazując szereg białych zębów. Zdawały się być niesamowicie ostre, jednak tylko na pierwszy rzut oka. Ruszyła za nim. „Idealna ofiara” ­ pomyślała, zmniejszając między nimi dystans. Wyciągnęła rękę i szybkim ruchem złapała go za ramię, wrzeszcząc mu do ucha:
– Dasz kanapkę?!

Harpia

wtorek, 20 października 2015

Liryka spod skrzydła

 Recenzji już odrobinkę za dużo... Dlatego dziś zostawiam was z moim skrobnięciem. Takie to tam nic. Po prostu kilka linijek tekstu, który może da wam trochę do myślenia =). Miłego czytania!




Miłość – bajkowy cud

Ludzi mamy kochać, a z rzeczy korzystać.
Dlaczego więc tak często ludzi wykorzystujemy,
a rzeczy kochamy?
Szczere uczucie zostało już tyle razy użyte
a potem odrzucone, że straciło swoją wiarygodność.
Nikt nie wierzy już w prawdziwą miłość,
ponieważ patrząc na ludzi zdruzgotanych
po zdradzeniu i porzuceniu przez ukochane osoby,
nasza wiara w wielkie uczucie
dostaje łatkę czegoś,
przez co będziemy tylko cierpieć.
Staje się bajkowym cudem, nierealnością.

Boimy się samotności, odrzucenia,
więc uciekamy przed miłością.
Odcinamy się od ukochanych osób,
aby uniknąć zranienia.
Ale jeśli już znajdziemy wielką miłość,
naszą idealną drugą połówkę,
zachowujemy się jakbyśmy byli
w mydlanej bańce.
Boimy się zrobić zbyt gwałtowny, spontaniczny ruch,
żeby nasze tęczowe marzenia
nie stały się znów szarą rzeczywistością.
Zważamy na słowa, zastanawiamy się nad każdym czynem,
obawiamy się być sobą.
A potem cierpimy, kiedy zostaniemy odrzuceni
przez nasz brak naturalności, przez nasze kłamstwa.
I tracimy wiarę w miłość,
która na krótką chwilę została nam dana.
I zaczynamy znów widzieć w niej cud z bajki.
I tworzymy wokół siebie mur z cierni,
i sami wykorzystujemy i odrzucamy innych
nieświadomi, że używamy ludzi tak,
jak kiedyś użyto nas.

Smoczyca (Helena Wąsik)