Pozdrowienia
Smoczyca
"Jej dom"
Pojawili się kolejni. Ileż to już minęło od czasu, kiedy to ona stała na podjeździe, patrząc z ekscytacją na jej dom? Nowy, a może tak naprawdę pierwszy i prawdziwy dom. Oni jednak nie byli podekscytowani. Ich twarze wypełniało zniesmaczenie. Skoro tak bardzo nie chcieli tutaj mieszkać, po co się tu wprowadzają? Nie lepiej wybudować nowy budynek? Albo kupić inny? Piękniejszy, nowszy, taki w którym jej nie ma. Jeżeli brak im motywacji, aby ponownie się przeprowadzić, ona im ją zapewni...
***
Ostatni lokatorzy zniknęli po miesiącu. Teraz pojawili się kolejni. Ci są bardziej uparci. Przestawiane przedmioty, nagłe otworzenie się okien i drzwi, samo włączanie się urządzeń. To wszystko zrzucali na roztargnienie, zepsute zamki czy popsute sprzęty. Nie opuścili jej domu. Dlaczego oni nie mogą zostawić jej w spokoju! Niech wyjadą! Daleko! Nie chce ich tu! To jej dom!
***
To był przypadek. Nie chciała go zepchnąć. Wiedziała, że mimo swojego stanu potrafi wpływać na ich świat. Kiedy się skupiła lub gdy emocje brały górę, przesuwała mniejsze i większe rzeczy. Nie wiedziała jednak, że to dotyczy także ludzi. Nie panowała nad tym. To samo tak wyszło. Niezamierzanie. Na szczęście dziecku nic się nie stało. Z tego, co usłyszała z ich rozmowy, skończy się jedynie na paru zadrapaniach. Chłopiec nie ma nawet wstrząśnienia. Ale, może to dobry pomysł... Nie chce ich skrzywdzić... Ale jeśli to jedyny sposób... Przecież oni od razu nie zginą...
***
Od jakiegoś czasu byli coraz bardziej przerażeni. Słyszała, że szukają nowego miejsca zamieszkania. To chcą opuścić jak najprędzej. Wiedziała, że niebawem odzyska swój dom, więc zaprzestała swoich czynów. Postanowiła tylko obserwować.Stała w jadalni, tam gdzie oni się zebrali. Świętowali. Co to była za okazja? Ah! Urodziny ich dziecka. Ze strachu ciągle o czymś zapominali. Czy to zapłacić za coś, czy to pójść na umówione spotkanie. O tym jednak nie zapomnieli. Mały chłopiec z kryjącymi się pod bandażami ranami, które były jej sprawką, spojrzał na wnoszony przez jego matkę tort. Kobieta postawiła ciasto na stole. W tym momencie jej mąż zerwał się. Poszedł po świeczki, o których wcześniej zapomnieli. Kiedy tylko wyszedł, kobieta spojrzała na syna. W jednej chwili przytuliła go mocno.
– Przepraszam cię... nie tak to powinno wyglądać... Zapomnijmy chociaż na moment o tym, co tu się dzieje. - wyszeptała. Pocałowała syna w czubek głowy.
W tym momencie wrócił mężczyzna. Uśmiechnął się, a zmarszczka między jego brwiami, która pojawiła się w ostatnich dniach, lekko wygładziła się. Chłopiec zdmuchnął zapalone świeczki. Pierwszy raz na twarzach rodziny pojawiły się uśmiechy. Powoli zaczęli rozmawiać, żartować. Na chwilę zapomnieli o jej działaniach. Zachowywali się, jakby to, co działo się przez ostatni miesiąc, było tylko jednym, wspólnym koszmarem, z którego się właśnie obudzili, a życie jest takie jak wcześniej. Patrzyła na to z narastającym smutkiem, bezpodstawną złością i jeszcze jednym uczuciem. Nowym, albo raczej dawno zapomnianym. I wtedy pojawiło się pierwsze ukłucie. Im dłużej patrzyła na tę scenę, tym mocniejszy stawał się ból.
Nagle światło żarówek zaczęło migotać, aż w końcu tajemnicza siła wywaliła korki. Okna otworzyły się z hukiem, wpuszczając do środka silny, dziki wiatr. Wiszące na ścianie obrazy malowane na szkle samoistnie roztrzaskały się, a kryształowe odłamki rozproszyły się na całe pomieszczenie. Lokatorzy zaczęli krzyczeć. Mężczyzna chwycił dziecko, przewracając krzesło, a wolną ręką wyciągnął żonę z pokoju, a następnie z domu. Nigdy potem nie wrócili....
***
Przyglądała się starym, zniszczonym pomieszczeniom. Od kiedy rozeszła się pogłoska, że to miejsce jest nawiedzone, nikt się tu nie wprowadził. Miała nareszcie swój dom. Swój i tylko swój. Jednak, kiedy widziała, jak ściany i podłogi pokoi porastały starością, pojawiło się drugie ukłucie. Małe, ale irytujące. Im bardziej starała się je ignorować, tym bardziej je czuła. Pozostało jej jedno – przywyknięcie do tego.***
Obserwując z okna nauczyła się odróżniać dni miesiąca. Tego dnia było Halloween. Kiedyś to lubiła. Pamięta, jak razem z siostrą biegały od domu do domu, przebrane za wiedźmy. Małe ukucie znowu się odezwało. Oddaliła od siebie wspomnienie. Spojrzała znowu przez okno. Mniejsze i większe grupki dzieci chodziły, pukając to do jednych to do drugich drzwi. Jej dom omijały szerokim
łukiem. Bardzo dobrze. Nie pojawią się tutaj już żadni intruzi.
Z grupy ludzi chodzących
po ulicy, dwie postacie przykuły jej spojrzenie. Młoda kobieta z
brązowymi włosami do pasa prowadziła małą, może dwunastoletnią
dziewczynkę, niezwykle do niej podobną. Ta mała osóbka
niesamowicie przypominała pewną osobę. Przypominała zabłąkaną
duszę, która teraz patrzyła zza okna opuszczonego domu. A także
kogoś kogo zbłąkana dusza straciła dawno temu. Te same rysy
twarzy, taki sam kolor włosów, ten sam uśmiech. Nie mogła
uwierzyć w to niesamowite podobieństwo. Przyjrzała się kobiecie,
najpewniej matce dziewczynki. Minęło wiele lat, więc nie
zdziwiłaby się gdyby to była ona. Ale to nie może być ona. Nie
wróciła by tu. Dawno temu zapomnieli o tym miejscu. O niej...
Dopiero po chwili
zauważyła, że w kobieta w drugiej dłoni trzymała reklamówkę, z
której wystawała mała porcelanowa główka. Zaciekawiła się.
Odprowadziła je wzrokiem, dopóki nie znikły za zakrętem. Idąc tą
ścieżką mogły dojść tylko w jedno miejsce. Zacisnęła pięść.
Chciała się przekonać czy to prawda, czy jednak wróciła, ale
bała się. Bała się opuścić swój dom, swoje sanktuarium... Ale
jeżeli to jedyny sposób, żeby dowiedzieć się prawdy...
***
Stała dwa kroki za nimi.
Po jej policzkach spływały łzy wielkości grochu, by zaraz po
oderwaniu się od skóry rozpłynąć się w powietrzu.
- Mamo, kto tu leży? - spytała mała przyglądając się kamiennej płycie. – Elizabeth Hunt... To nasza rodzina?
- Tak. - odpowiedziała matka kładąc na nagrobku porcelanowego znicza z aniołem. - To ktoś naprawdę mi bliski.
- Mamo, kto tu leży? - spytała mała przyglądając się kamiennej płycie. – Elizabeth Hunt... To nasza rodzina?
- Tak. - odpowiedziała matka kładąc na nagrobku porcelanowego znicza z aniołem. - To ktoś naprawdę mi bliski.
- Dlaczego ona jest tutaj,
w tym mieście?
- Kiedyś tu mieszkaliśmy.
Twoi dziadkowie nie mogli sobie wybaczyć, że nie ma jej tu z nami.
Dlatego wyjechaliśmy.
- I zapomnieliście o niej?
- spytała smutno dziewczynka. - Ty też?
Kobieta uśmiechnęła się i objęła ramieniem córkę.
Kobieta uśmiechnęła się i objęła ramieniem córkę.
- A czy gdybym o niej
zapomniała, to byłabym dziś tutaj?
I wtedy pojawiło się
trzecie i ostatnie ukłucie. Wtedy też postanowiła pójść tam. W
stronę światła.
Końcem człowieka nie
jest jego śmierć, lecz jego zapomnienie. Nikt nie chce zostać
zapomnianym.
Harpia
P.S: Jakby ktoś czegoś nie zrozumiał to piszcie :) Chętnie odpowiem! H.